4 października 2015

Recenzja: Oślepiający nóż



Zauważyłam, że z książkami Brenta Weeksa powtarza mi się pewien schemat. Schemat ten wygląda tak – zaczynam czytać z entuzjazmem, czyta się dobrze, ale pierwsze rozdziały mnie nie pochłaniają. Z tyłu głowy pali się czerwona lampka: uważaj, on na pewno skrzywdzi wszystkie twoje ulubione postaci. Toteż nie śpieszy mi się z czytaniem. Potrafię się tak bujać z książką przez całe miesiące, nie ufając jej. Jednak kiedy przekroczę pewien etap czytania, koniec. Nie mam życia, czasu, chęci do egzystowania, muszę natychmiast to przeczytać. Od razu. Zarywam nocki, ślepię w literki, nadgarstki bolą od ciężkich gabarytów książki, ale osiemset stron w dwa dni, z przerwami na treningi i jedzenie, wchodzą jak złoto.
Zawsze tak jest. Oślepiający nóż nie był wyjątkiem.
Ta seria z pewnością bije Trylogię Nocnego Anioła. Nie wiem jak bardzo – obie kocham, obie są specyficzne, ale Trylogia wydaje się bardziej chaotyczna. Zwłaszcza po tym, co Weeks pokazał w drugiej części Powiernika Światła. Cały świat, pokręcona – jak zawsze u niego – fabuła, postaci, wątki, wszystko jest uporządkowane i usystematyzowane. Przyjemnie odkrywa się kolejne karty, a gdy pojawia się morderczy plot twist, zapiera dech w piersi. Czytając te powieści, trzeba mieć w głowie jedno – nic nie jest tym, na co wygląda. Niczemu ani nikomu nie można ufać.
Wciąga. Tak najzwyczajniej w świecie. Każdy moment czytania jest zły, żeby przerwać, choćby na chwilę, na powrót do życia. Rozsypane wątki wydają się z początku podejrzane, dopiero potem zaczynają do siebie pasować, układanka się kompletuje. Trzeba czytać dość uważnie, bo można się pogubić, jeśli ma się ochotę rozwiązywać zagadki samodzielnie. Jeśli się nie chce, można czekać na to, aż książka podsunie wyjaśnienie – na szczęście nie rzuca nim w twarz z brutalną siłą Kapitana Oczywistość.
Postaci nie zawiodły mnie, a nawet polubiłam te, które wcześniej u mnie traciły. Doszłam też do wniosku, że albo Weeks dopracował pisanie kobietami, albo poprzednia część po prostu nie dała mu pola do popisu, bo i Karris, i Liv stały się pełniejsze, mniej płaskie, więc mniej irytujące. Kiedy dołączyła do nich także Teia, miałam już pewność – jest postęp. Przyjemnie się czytało sceny z Teią oraz Karris, Liv była spójna w tym, jak mnie irytowała, ale nie umiałam jej nadal lubić. Chylę jednak czoła przed przekonującą kreacją.
Chyba nikt nie wątpił, że Kip jest moim faworytem. O ile po pierwszej części konkurował jeszcze z Gavinem, teraz nie ma już wątpliwości. Uwielbiam rozwój tej postaci, sposób, w jaki się zmienia, w jaki nabiera pewności siebie, w jaki staje się silniejszy. Uwielbiam jego ironię i wieczne pakowanie się w kłopoty. Towarzyszącego mu pecha, którego czystym przypadkiem obraca w szczątkowe szczęście. Uwielbiam.
Postaci z pewnością są tym, co Weeks potrafi tworzyć. Jego narracja przyjemnie przylega do każdego bohatera, opowiada wydarzenia bardziej z ich perspektywy – i tu znowu wygrywa Kip ze swoimi złośliwostkami – a my możemy spojrzeć na różne rzeczy z różnych punktów widzenia.
Z tego miejsca trudno cokolwiek powiedzieć o fabule, żeby nie zdradzać czegoś z poprzedniej części. Dzieje się źle. Na końcu dzieje się jeszcze gorzej. Tyle chyba mogę powiedzieć – jednocześnie wiedząc, że te dwa zdania odnoszą się do każdej powieści Weeksa. Jak tu go nie kochać?
Ale była jedna rzecz, która trochę mnie irytowała, zastanawiałam się, czy dobrze używał tego zabiegu. Chodzi o opisy – na wysokim poziomie, plastyczne, wciąż interesujące, nawet jeśli zawierały słowa, których nie rozumiałam. Czy raczej o ich umiejscowienie. Wiem, że czasami pisarz zdaje sobie sprawę, że nie będzie miał więcej okazji na przedstawienie czegoś, bo zwyczajnie już tam nie wróci. Najbardziej rzuciło mi się to podczas narracji Liv, kiedy biegli przez oblegane miasto, a ona przenikliwie analizowała wielką, kwiecistą piramidę. Długi opis w środku akcji. Zwolniło tempo. Nie jestem pewna, czy tam akurat było na to miejsce.
Zdarzało mi się takie zawahanie kilkukrotnie, ale nigdy nie odbierało mi to radości z czytania. Może jestem tylko przewrażliwiona, może mam trochę racji. Nie odbiera to jednak książce fenomenalności.
Nie mogę słodzić dłużej. Z całą stanowczością stwierdzam, że Weeks nadal należy do moich ulubieńców, a Oślepiający nóż to kawał porządnej lektury trzymającej w napięciu oraz wywołującej serdeczne rechoty podczas czytania. Humor, akcja, fabuła, postaci, wszystko stoi na wysokim poziomie i nie pozwala się nudzić. Oby trzecia część była równie dobra – albo i lepsza. Na pewno natomiast dużo będzie tam szło nie tak. Czyli tak, jak Weeks najbardziej lubi w swoich powieściach.
9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.