9 kwietnia 2015

[RR; XIV] Bohaterskie skrajności

Dziś krótko, acz uniwersalnie.

Z pewnością każdy miłośnik książek, czy też filmów lub gier, choć raz natknął się na postać, która go zachwyciła i nic nie mogło tego zachwytu zniweczyć, choćby nie wiadomo jak głupio postępował. Równie pewne jest, iż miłośnik ów spotkał się z bijącym rekordy beznadziejności bohaterem. Osobą, którą szczerze znienawidził. Doprowadzającą do granic szaleństwa.

Po to też tworzy się postacie zarówno dobre, grzeczne, ułożone i nad wyraz hojnie obdarzane sympatią, jak i te do szpiku kości złe i załażące za skórę przy pierwszej lepszej okazji. Rzecz jasna, bywa też odwrotnie. Sadystyczny tyran może okazać się godny podziwu, a słodka gęsiareczka istotką najbardziej pasującą do stosu.

Która ze znanych Ci postaci literackich/filmowych/z gier zasługuje na miano najlepszej i najgorszej? Dlaczego? Co Cię w niej zachwyca bądź irytuje? Jak sądzisz - czy jej taki, a nie inny portret został stworzony celowo i czy ów cel w postaci wywoływanych emocji został przez twórcę osiągnięty?

12 komentarzy:

  1. A czy postacie z seriali się liczą?


    -A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro mamy filmy i gry, czemu z seriali miałyby się nie liczyć? ;)

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o oddanie postaci to do głowy przychodzi mi Frollo z "Dzwonnika...". Co z tego, że zły do szpiku kości i pod koniec szalony, ale jest fascynująco dobrze oddany. Poczucie misji granicząca z fanatyzmem, wyrachowanie, umiejętne kontrolowanie innych (pomijam fakt, że gdy się zadurzył, to niezbyt dobrze udawała mu się już ta sztuczka) i ogólne zachowanie sprawia, że Frollo jest naprawdę fajnym bohaterem, choć nie chciałbym go nigdy spotkać osobiście, a nawet pośrednio XD
    Jeśli jednak chodzi o kiepsko oddanego bohatera to nominację rzucam w stronę Aryi, elfiej księżniczki z "Eragona". Poza krótkimi momentami ta postać mnie głównie irytowała. Ni to zachowanie elfa, ni zakochanej, ni wojowniczki. Właściwie gdyby postacie wokół Aryi nie pracowały ciężko na jej wizerunek i nie wspominali co jakiś czas o niej i jej zasługach, to szybko bym o niej zapomniał. A tak to miałem wrażenie usilnego lansowania jej na gwiazdę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Najgorszą postacią z jaką do tej pory się spotkałam jest Danusia z "Krzyżaków". Jest taka nijaka, wydaje się nie mieć charakteru, przez całą powieść po prostu "jest".
    Najlepsza? Cóż, wiele jest takich które pokochałam, do niektórych musiałam się przekonywać, inne to klasyczne Mary Sue. Note umiem wymienić jednej czy dwóch - jestem typową fangirl, u mnie to leci hurtowo ;)

    Plus jeszcze mały komentarz niezwiązany z dyskusją - trafiłam na waszego bloga przez przypadek (link do wpisu o podstawach był w komentarzu na jakimś blogasku) i od razu się zakochałam! Czy będą jeszcze jakieś ćwiczenia literackie? Bardzo mi się spodobały. No i te "felietony" o poprawności, środkach stylistycznych i Mary Sue... Ech, gdyby w ten sposób uczyli w mojej szkole to byłabym w siódmym niebie. Pozdrawiam i czekam na kolejne posty! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w ogóle "Krzyżaków" jakoś nie umiałam przetrawić, mimo że to moje ukochane średniowiecze, a i zakon jakoś przypadł mi do gustu (och, kocham Malbork! ;___;). Tyle że kazali mi to czytać w szóstej klasie podstawówki i to był największy błąd w historii edukacji.

      Ktoś nas polecał? *.* Yay, jak sympatycznie!
      Ćwiczenia prawdopodobnie będą, ale do ostatniego, choć zgłosiło się wiele osób, nikt nie przysłał pracy. Zobaczymy, może kiedyś. Poradniki też na pewno się jeszcze pojawią, choć to idzie nam dość opornie. Łatwiej jest po prostu pisać, aniżeli pisać o pisaniu xD Jednak w tym miesiącu być może coś wylezie spod pióra Nearyh.

      Pozdrawiam również!

      Usuń
  4. Haha, u mnie w obu kategoriach wygrywa kapitan Kirk ;)

    W Kirku - w wykonaniu Williama Shatnera - się zakochałam jak głupia. Normalnie do dziś się z tego śmieję, bo jak tylko zobaczyłam uśmiech Kirka to coś mi się w mózgu przestawiło i po prostu kosmos. A tak na poważnie, Shatner stworzył taką postać, że muszę się namęczyć by znaleźć jakąkolwiek wadę jego bohatera. Niby ideał, a jednak nie wkurza i nie ma cech Garego Sue... Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, ale ma w sobie to coś, że poleciałoby się z nim w kosmos, choćby tylko po to by potem przy ognisku piec melon. <3
    W sumie najlepszy przykład, że dobrze skonstruowany bohater może mieć prawie same zalety i nie tracić wiarygodności.

    I druga skrajność, czyli reboot Star Treka i Kirk w wykonaniu Chrisa Pine'a (czy jak to się odmienia). Może to wina mody i tego, że w latach 60tych ideałem był facet inteligentny, szarmancki, przystojny i w ogóle zbiór zalet, a dla pokolenia gimbusów ideałem jest gimbus - cham, prostak i kretyn. Tak nieludzko wkurzający, tak skrajnie infantylny, arogancki i nie do zniesienia - zupełnie jak wyrwany z najgłupszego fanfika. Normalnie postać na postawie, której można napisać poradnik - jak nie tworzyć bohatera.

    A jeśli chodzi o bardziej czarne charaktery...
    Irracjonalnie uwielbiam Hala 9000 z "Odysei kosmicznej". Raczej nie jest to typowy bohater, ale coś w nim takiego jest, że nie można przejść obojętnie.
    Dalej, pewnie postać praktycznie nie znana, ale Cal Sylveste z serii powieści "Przestrzeń Objawienia". Nie mam pojęcia czemu, ale od razu go polubiłam, choć to skrajnie nie mój typ bohaterów.

    Zauważyłam za to, że z reguły od pierwszego kopa nie lubię postaci żeńskich, bo z góry mnie drażnią - schematycznością, albo byciem wielce samodzielnymi. Praktycznie nie jestem w stanie przeczytać książki czy wciągnąć się w film/serial, gdzie główną postacią jest baba.
    Wyjątek stanowi Tasha Yar, którą polubiłam od pierwszej chwili. (Podobnie jak od pierwszej chwili miałam chęć zamordować Troi).

    No i w tej wyliczance nie może zabraknąć rzecz jasna Q. Mój mistrz i tyle. Wciągnęłam się w mój ulubiony serial, właśnie dzięki niemu. Q totalnie kradnie całą uwagę. A duet Q i Picard (+ epickie facepalmy) to już kosmos. Dla takich bohaterów można znieść najbardziej wkurzające postaci drugoplanowe - ja Troi. :)

    Przepraszam za chaos wypowiedzi, ale temat jest tak fajny, że cały czas się szczerzę do monitora. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poradnik o tym, jak nie tworzyć bohatera, byłby kozacki o.o

      Usuń
    2. A poradnik na podstawie postaci Kirka z filmu Adamsa... to dopiero by było epickie! ;D

      Usuń
  5. Ciężko mi wskazać najlepszą postać, z jaką w ogóle się zetknąłem, ograniczę się więc do tych, z którymi zetknąłem się ostatnimi czasy. A tutaj prym wiedzie Kaladin z serii "Archiwum Burzowego Światła". Młody żołnierz, który wszak zdążył już zaznać w życiu gorzkiego losu, typ psa pasterskiego (jak to zostało wyłożone w "Snajperze" Eastwooda ludzie dzielą się na wilki, owce i właśnie psy pasterskie), błąkający się pomiędzy honorem, a nienawiścią do wyższej kasty społecznej, z której rąk zdążył zaznać już tylu cierpień. Wejdzie do kanonu bohaterów fantasy, to sprawdzone info.
    A najgorsza postać? We wspomnianym wcześniej "Eragonie" wszyscy bohaterowie byli raczej dość płascy. Ale jakoś nikt konkretnie się wybijający nie przychodzi mi teraz do głowy.

    OdpowiedzUsuń
  6. To i ja się wypowiem, a co!
    Bohaterów, których uwielbiam, jest całkiem sporo, ale chyba nie ma żadnego takiego, którego wychwalałabym pod niebiosa. Przede wszystkim moją sympatię wzbudzają głównie postacie z bajek, bo są wręcz nieprawdziwie prawdziwe, jak Quasimodo czy Jim 'Jimbo' Hawkins. Uwielbiam również Ogara oraz Tyriona z Gry o Tron - zdecydowanie jedne z najlepszych postaci martinowskiego cyklu.
    Kogo szczerze nienawidzę? Joffreya Baratheona/Lannistera z "Pieśni Lodu i Ognia". Żadnemu bohaterowi nigdy wcześniej tak bardzo nie życzyłam śmierci, właściwie od samego początku. Persona ta wywoływała we mnie chęć mordu przy najdrobniejszej wzmiance jej imienia. Przyznam jednak, iż została wręcz fenomenalnie opisana w książkach i równie fantastycznie odegrana w serialu. Wspaniała i okropna zarazem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowicie zgadzam się co do Tyriona i Ogara ale do tego grona dodałbym Littlefingera no i oczywiście świetnie napisanego Joffreya, natomiast od wydarzeń w "Tańcu ze smokami" denerwuje mnie denerwuje mnie postać Daenerys, mimo że jest pisana tak żeby ją lubić.

      A wracając na nasze podwórko uważam za świetną postać Vuko Drakkainen z "Pana lodowego ogrodu", za to że jest ludzki i przedstawia marzenia zostania herosem w jakimś fantastycznym świecie, a kto z czytających fantastykę by tego nie chciał ^^. I oczywiście zostaje mój ulubiony Wiedźmin Geralt i jego wesoła kompania i tutaj nie muszę chyba wyjaśniać dlaczego lubię Geralta, Jaskra, Zoltana i innych, kto przeczytał ten raczej wie, a kto nie przeczytał powinien to zrobić jak najszybciej :)

      Usuń
  7. Stwierdziłam, że się wypowiem, że będę walczyć z leniem, więc coś tam bąknę od siebie. (A tak poza tym naprawdę lubię temat.)
    Oczywiście, że mam ulubione postaci – takie kochane i najukochańsze i, rzecz jasna, martwe. Moi ulubieńcy mają pecha albo ja mam pecha do nich… Ale niekoniecznie będę o nich wspominać, bo żaden nie tyczy literatury, a poza tym nikt nie chce słuchać peanów pochwalnych :P.
    Wezmę na tapetę dwie postaci Maria Puzo, bo ostatnio dobrałam się do „Ojca chrzestnego” i jego kontynuacji. Bo tak zasadniczo chodzi o to, że Michael Corleone i Turi Giuliano obaj są głównymi bohaterami w następujących po sobie książkach. Niby obaj są podobni – wychwalani przez narratora, przystojni, zaradni i posiadają charyzmę. Mike nie kupił mnie zupełnie, Turi zdobył uznanie i żałowała, że sprawy potoczyły się w ten sposób. Wydaje mi się, że główny problem leży w tym, że Turi ponosi rzeczywistą odpowiedzialność za swoje czyny, a to, co mówi o nim narrator nie pozostaje tylko pustymi słowami, czego nie powiedziałbym o Michaelu. Właściwie Mike był do tego stopnia irytujący, że z chęcią ominęłabym jakiekolwiek wspominki o nim, co oczywiście było niemożliwe. Chyba najgorszym co może zrobić autor – a co zdecydowanie zrobił Puzo – jest pokazanie, którego bohatera samemu się preferuje i próba zmuszenia czytelnia do polubienia tej postaci.
    Widzę, że sporo osób (no, powiedzmy) lubi Tyriona. Mateczko, jak ja go nie znoszę! Tyrion to kolejna z postaci do lubienia, z tych sprytnych i bucowatych drani, których mimo wszystko się lubi. Tyle że nie w tym przypadku, a przynajmniej nie w moim wypadku. Nie zarzucę mu, że nie jest inteligentny, czy momentami zabawny, ale szczerze nie znoszę go jako osoby. Bo Tyrion to straszny egoista i w dodatku morderca. Nie, wcale nie mówię, że Tywin był święty – tak dla jasności. Wiem, że Tyrion miał mocno nietajne życie i ogólnie ciągle mu pod górkę, ale zrobił się piekielnym skurczybykiem, który obecnie ma wylane na wszystko i w zasadzie jest pusty.
    Ale Tyrion to i tak nic w porównaniu z pewną blogową postacią (sorry Nearyh – Errie jeszcze się nie załapała, Elliar też nie :P). Sasha (tak, Degausser, czas pokazać ją światu) jest okropną osobą. Może i nikogo nie zabiła, może i zachowuje się całkiem przyzwoicie, ale Saszka to hipokrytka, której nie interesuje nic poza własnym tyłkiem i zdaniem ojca na jej temat. Jest okropna dla każdego, z kim się spotkała i to, że czasami próbuje pokazać ludzkie oblicze wydaje mi się tylko grą, kolejnym oszustwem. Szczerze nie znoszę kłamców i egoistów, którzy próbują udawać kogoś innego, a niespecjalnie im wychodzi.
    Źle wykreowanych bohaterów jest pewnie cały zastęp, ale oni nie zapadają w pamięć – wpadają i wypadają. Albo to po prostu moja skleroza…
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.