16 kwietnia 2015

Recenzja: Dragon Age: Rozłam



Każdy, kto choć trochę mnie zna, doskonale wie, że uwielbiam serię Dragon Age – gry oraz książki. I o ile z grami jestem na bieżąco, o tyle książki zostały trochę w tyle. Po części przez nadzieję, że dwa kolejne tytuły doczekają się tłumaczenia na polski, po części przez gapiostwo. Nadszedł jednak dzień, w którym wreszcie zabrałam się za Rozłam – który kusił mnie już od miesięcy, ale brakowało motywacji, by go przeczytać. Motywację dostarczyła nowa gra z serii i tak oto nadrobiłam polskie wydania Dragon Age.
Historia przenosi nas do Orlais, Białej Iglicy, gdzie znajduje się stołeczny Krąg Maginów. Wydarzenia mają miejsce niedługo po widowiskowym, ale krwawym buncie magów w Kirkwall – a ten dramat wpływa na losy wszystkich innych zamkniętych w wieżach. Co grosza, w Białej Iglicy grasuje ktoś, kto morduje nowych adeptów sztuki magicznej, nikt jednak go do tej pory nie widział. Zupełnie jakby mieli do czynienia z duchem… lub demonem, skoro dopuszcza się tak haniebnych czynów.
Templariusze nie zamierzają wierzyć w tego typu mrzonki. Wśród starszych zaklinaczy upatrują sobie możliwego zbrodniarza – zaklinacza Rhysa. Mag, chcąc oczyścić się z zarzutów, postanawia poszukać pewnego dziwnego młodzieńca, którego poznał pewien czas temu. Sytuacja jednak znacząco się komplikuje, kiedy w sprawę zaczyna się mieszać także Boska Justynia V oraz dobrze nam znana czarodziejka – teraz arcymag – Wynne ze swoim wątpliwym, owianym tajemnicą zadaniem.
Książki autorstwa Gaidera zawsze mi się podobały, ale widziałam także, że prawdziwą frajdę mogą sprawić tylko fanom serii. Pisane były w taki sposób, jakby narrator zwracał się wyłącznie do osób obytych z tematem, a dłużące się opisy niektórych miejsc z pewnością nie ciekawiły nikogo, kto wcześniej tych lokacji nie odwiedził w grze. Sądziłam, że Rozłam będzie trzymał podobny poziom, co jego poprzednicy. Trochę się jednak, ku swojemu zdumieniu, pomyliłam.
Jest to naprawdę porządna powieść dla fanów nie tylko Dragon Age, ale po prostu fantastyki. Trzymająca w napięciu, chociaż pozbawiona zawiłych tajemnic, pełna smaczków dla „starych wyjadaczy”, za to wiele tłumacząca tym, którzy nie mieli styczności z grami. Opisy, niegdyś dłużące się, niemalże męczące, stały się płynniejsze, ciekawsze, bardziej plastyczne – i chociaż część z tych miejsc odwiedzałam w grach właśnie, to światło rzucone na nie przez narrację pozwalało dojrzeć je z zupełnie innej perspektywy.
Niewątpliwie największym smaczkiem są powroty dawnych bohaterów – takich jak Wynne czy Shale – oraz ukazanie historii, z powodu której cały ład znany z poprzednich części został zburzony. Jak wybuchł bunt Kręgów? Co takiego uczynili templariusze? Jaki los spotkał Poszukiwacza Lamberta? Jaka historia kryje się za tajemniczym Cole’m? Wszystko to zostało ubrane w dobrze zrównoważone opisy stateczne oraz walki, które czytało się bardzo przyjemnie, bez trudu wyobrażając sobie to, co się działo.
Postaci były różnorodne, a poznawszy Evangeline oraz na nowo zetknąwszy się z Cole’m, pokochałam ich całym sercem. Największy problem miałam z głównym bohaterem, Rhysem – który wydawał mi się bardzo… nierówny. Był kreowany na kogoś żartobliwego oraz rozsądnego, jednak mówiącego szybciej, niż myśli. I te cechy pojawiały się w tekście, by znowu w niektórych scenach zniknąć albo ulec drobnym zmianom. Najbardziej chyba zasmuciła mnie reakcja Rhysa na pokazanie dowodu Poszukiwacza Lamberta tożsamości mordercy z Białej Iglicy – Rhys, gdyby pozostał takim, jakim go kreowano co pewien czas, nie zwątpiłby tak szybko.
Jedną z lepiej poprowadzonych postaci, za to bardzo przeze mnie znielubiona, była Adriana. Nikt tak mnie nie irytował w tej powieści jak rudowłosa zaklinaczka – jej niewyparzony język oraz ślepe pragnienie wolności bez oglądania się na konsekwencje, bez próby dojrzenia drugiej strony konfliktu było rzeczywiste i dobrze zbudowane… ale przeze mnie potępiane. Mimo to ukłon się należy.
Mam jeszcze problem z kreacją więzi między bohaterami. Chociaż między niektórymi widziałam chemię albo niezręczność, pominięto spory fragment przejściowy od stadium początkowego do finalnego – trochę jakbyśmy zostali poinformowani, że takie oraz takie zmiany nastąpiły w ich życiu, a towarzyszyliśmy im przez cały czas. Oczywiście, wątek romansowy nie należał do istotnych i nie o niego chodziło, ale skoro już się pojawił, mógł zostać poprowadzony lepiej. Nie zadowala mnie także zmiana w stosunkach między Rhysem oraz Wynne – zadziało się to mocno za kulisami i chociaż moje dobre serduszko im kibicowało, rozsądek widział, że nie zostało to poprowadzone odpowiednio. Najlepszą relację ukazano z udziałem Cole’a – Cole i Evangeline wygrywają, są nawet bardziej rzeczywiści i piękni od Cole’a oraz Rhysa. Prawdopodobnie przez płynność charakteru starszego zaklinacza.
Na sam koniec spieszę, by poskarżyć na tłumacza z Fabryki Słów. Jak można! Jak można zmieniać kanoniczne nazwy! To boli! Cierpię! Jeszcze przełknę Głębokie Szlaki (zamiast Głębokich Ścieżek), ale źle zapisać imię bohatera, który wywołał bunt z Kirkwall, jednej z głównych postaci w Dragon Age II? Najpierw sądziłam, że to literówka, gdy ujrzałam Andera. Ale zaraz potem pojawił się znowu. Andersie, cóż trudnego było w twoim imieniu, że wydawca sobie z nim nie poradził?
A wystarczyłoby zerknąć na cholerą wiki. Ech, serce mi krwawi.
Jednak nie oceniam raniącego tłumaczenia, tylko książkę. 7/10, bo rozwój między ostatnią częścią oraz aktualną jest bardzo widoczny.

2 komentarze:

  1. Nie grałem nigdy w Dragon Age, ani tym bardziej nie czytałem żadnej z opartych na grze książek (prawdę mówiąc dopiero ta recenzja uświadomiła mi ich istnienie). Nigdy jakoś nie porywała mnie koncepcja budowania fabuły na podstawie gry komputerowej, czy to w literaturze, czy filmie. Mimo to dla zagorzałych fanów musi być to niezła gratka.
    Gdybym miał spojrzeć chłodnym okiem, wyzbywając się wszelkich uprzedzeń, zapominając, że to książka na podstawie gry, to... No cóż, z Twojej recenzji wyłania się całkiem interesująca historia. Oj tak, tajemnicze mordy i wplątane w to siły ciemności to coś, nad czym nie potrafię przejść obojętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście jestem fanką książek na podstawie gier, choć faktycznie w większości poziom jest, powiedzmy to wprost, niski. Niemniej jednak - przeczytać taką książkę to przyjemny odpoczynek, wymagający zawsze trochę więcej wysiłku, niż oglądanie telewizji albo jutubów, a jednocześnie możliwość ponownego zatopienia się w świecie ulubionej gry. Czego chcieć więcej?

      Co do gier, pierwsze Dragon Age było też pierwszą grą jaką przeszłam w całości. Fantastyczne w każdym względzie, warto zagrać nawet teraz. Dwójka za to mnie nie porwała (ale jeśli porwała kogokolwiek, to i tak duży sukces). Ponoć trójka miała naprawić to złe wrażenie. Nie wiem, nie testowałam, choć chyba już czas najwyższy.

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.