19 marca 2015

[WA] Bohaterze mój!, czyli o ideałach słów kilka



Nie da się ukryć, że bez bohaterów nie byłoby powieści. Ktoś w końcu musi ścierać się z wyzwaniami, które wymyślamy, komuś musi się nie udać albo – wręcz przeciwnie – świetnie powieść. To do postaci przywiązujemy się podczas lektury, kochamy je, nie znosimy, przeżywamy razem z nimi albo życzymy im jak najgorzej. Właśnie tu kryje się tajemnica emocjonalności czytania – same wydarzenia są przyprawą, ale to od bohaterów zależy, jak dobrze doprawione będzie dzieło. I, tak samo jak w kuchni, można całe misterne danie zepsuć.
Jak już się prawdopodobnie domyśliliście, tym razem pochylimy się nad kreacją bohaterów w powieści. Zagadnienie jest na tyle szerokie, że rozłożę je na co najmniej dwa teksty – tym razem pragnę opowiedzieć trochę o popularnym, zwłaszcza w Internecie, zjawisku zwanym Mary Sue. Wbrew pozorom warto poruszyć ten wyświechtany temat, by usystematyzować niektóre kwestie i powiedzieć wprost, jak uniknąć tego nieszczęścia. Bo jeśli uda nam się nie stworzyć postaci idealnej, to już mamy szansę stworzyć postać dobrą.

Czym jest?
Mary Sue – albo Gary Stu, bo zjawisko nie dotyczy jedynie żeńskiej części bohaterek – to internetowe określenie dla postaci idealnej, prawdziwej zmory pisarzy oraz koszmaru czytelników. Nikt w końcu nie chce czytać o kimś, kto bez trudu radzi sobie z najróżniejszymi nieszczęściami, podbija serca wszystkich dokoła, tylko oddychając, jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, wspaniały, piękny i ogółem Dziecko Szczęścia.
Wielu autorów – także tych wydawanych, nie tylko piszących do szuflady – ma z tym problem. Kreują postać tak, żeby czytelnicy ją polubili, świadomie czy nie, i wtedy powstaje zazwyczaj Mary Sue. Wytropienie jej jest proste, jeśli spojrzeć trzeźwym okiem czytelnika, ale pisarz nie zawsze potrafi oddzielić ziarno od plew. Osobiście największą styczność mam z postaciami idealnymi kreowanymi w fantastyce, jednak to zjawisko dotyczy wszystkich gatunków – w fantastyce co najwyżej mocniej rzuca się w oczy z powodu nieograniczoności gloryfikowania bohatera.

Mary Sue klasyczna
Zjawisko tak długo rozwijało się w literaturze, że można dokonać klasyfikacji postaci idealnych. Nie zamierzam wdawać się w szczegóły i niuanse, dokonałam trzech podstawowych rozgraniczeń, które określą najpopularniejsze typy Mary Sue.
Mary Sue klasyczna jest jednocześnie najstarszym typem – przynajmniej w moim odczuciu. To zwykle urodziwa główna postać, często z drobnym defektem urody, jednak defektem, który dodaje jej atrakcyjności. Ta Mary Sue nie będzie brzydka, ale narrator uparcie będzie obstawiał, że nie jest też najpiękniejszą w swoim otoczeniu – narrator jednak będzie kłamał, bo co i rusz ktoś się Mary Sue zachwyci. Tak więc wygląd mamy podsumowany – subtelne piękno oszpecone blizną albo wyjątkowa cecha (jak, na przykład, dwukolorowe oczy), która przedstawiana jest jako defekt, ale wszystkich i tak fascynuje.
Charakter trudno określić, zważając na to, że postać Mary Sue cechuje… brak realistycznych cech. Mary Sue klasyczna próbuje być złośliwa oraz przebiegle inteligentna, o czym zapewnia nas narrator, a postaci poboczne skwapliwie przytakują, bo do tego są stworzone – ale w istocie krzywimy się, bo złośliwości to zwykła bucera, a błyskotliwość czy inteligencja zwykle oscylują na poziomie niższym, niż przewidywała ustawa. Działania Mary Sue będą przepełnione dramatyzmem i choćby porwała się na najgłupszą rzecz pod słońcem, i tak będzie miała rację. Zwłaszcza jeśli ktoś w tekście – zwykle biedna postać drugoplanowa – logicznie odradzała nierozsądne działanie. Mary Sue ma rację. Mary Sue się nie myli. Niekiedy Mary Sue klasyczna wkracza jeszcze na inne pole – jest przeraźliwie, niestrawnie dobra, kocha wszystkich, wszyscy kochają ją, bezmyślnie niesie pomoc i kreuje wszystkich wokół na niesprawiedliwych okrutników.
W fantastyce klasyczna Mary Sue odbywa trening prowadzony przez doświadczonego nauczyciela, który ją odnalazł, bo jest wyjątkowa i tylko ona może uratować świat. Zawsze ma do wszystkiego talent i wychodzi na to, że to ona powinna uczyć swego nauczyciela. Dodatkowo odkrywa mnóstwo najróżniejszych mocy, często ma jedyną w swoim rodzaju rasę – albo taką wymierającą, której jest ostatnią przedstawicielką, albo jest niezwykłą mieszanką centaura, elfa, wampira i dziobaka. Nigdy nie wiadomo, co znajdzie się w rodowodzie Mary Sue klasycznej, by podkreślić jej wyjątkowość.

Mary Sue mroczna
Trudno określić typ urody tej Mary Sue. Oczywiście nie jest brzydka – raczej odpychająca z powodu tru makijażu, sposobu ubierania, w fantastyce z powodu swojej rasy. Gdzie nie postawi stopy, mrok dosłownie się wylewa. W jej wypadku wygląd zresztą nie jest aż tak ważny, należy się skupić na „osobowości”, a przede wszystkim – przeszłości.
Mary Sue mroczna często występuje w fanfikach do Harry’ego Pottera, jak zaobserwowałam w ostatnich latach. Zwykle to katowana córka Lorda Voldemorta albo zmieniona przez fanów Hermiona, która się dowiaduje, że Voldemort jest jej ojcem – czyli wracamy do punktu wyjścia. Po pierwsze Mary Sue mroczna jest niezrozumiana – przez nikogo, to podstawa. Wszystkich nienawidzi, jest okropną chamką, mimo że narrator utrzymuje nas w kłamstwie, że to błyskotliwe, cięte riposty, a wewnątrz cierpi z powodu braku przyjaciół. Co ciekawe, zwykle tak czy siak towarzyszy jej wianuszek podwładnych, bo Mary Sue mroczna musi mieć na kim się wyżywać oraz kim pomiatać, patrzeć z góry – narrator zapewnia nas, że to zabawne oraz inteligentne zachowanie.
Jej przeszłość zawsze jest tragiczna, pełna bólu, cierpienia, oczywiście braku zrozumienia. Często rolę ciemiężycieli odgrywają rodzice, o ile żyli na tyle długo, by się do tego przydać. Często też Mary Sue mroczna wychowywała się w sierocińcu, koniecznie okrutnie podrzucona do niego jak zwierzątko. Narrator upewni nas po tysiąckroć, że życie Mary Sue przepełnione było bólem, cierpieniem, jeszcze odrobiną bólu, szczyptą tortur oraz traumą – co ciekawe, ostatecznie to wszystko nie ma psychologicznego wpływu na postać. Mary Sue po prostu pozostaje zwykłą chamką.

Mary Sue szara
To chyba najmłodszy typ, który wykształtował się w literaturze. Zwykle używany jest w powieściach, które wcale nie są oparte na wątku romantycznym, ale jednak. Trudno powiedzieć, co ten trend zapoczątkowało, ale zdecydowanie ma się dobrze w popularnych ostatnio paranormal romance, rzadziej w klasycznej fantastyce, czasami w książkach pseudo-erotycznych (w tym miejscu pragnę pozdrowić mojego wykładowcę, profesora Okonia, który zawsze na wykładach informował nas, na którym miejscu w Empiku znajduje się „nasz ulubiony Grey”).
Mary Sue szara jest biedną, szarą myszką właśnie. Przeciętna uroda – której piękno dostrzega Ten Jedyny zwany również True Loverem – miałka osobowość, bo postać musi dać się zdominować Wybranemu Mężczyźnie, zawsze w cieniu, zawsze nielubiana, mało szczęśliwe życie, z pewnością drobne problemy na tle rodzinnej akceptacji. Często okazuje się, że Mary Sue szara nigdy nie przeżyła żadnej szczęśliwej miłości i teraz boi się uczucia, ale od czego jest nasz True Lover? To on ją odmieni, nada sens jej życiu, bo – jak wiadomo – kobiece życie bez mężczyzny jest puste. Jednocześnie to chyba jedyny typ z klasyfikacji, który najczęściej dotyczy tylko Mary Sue, a rzadziej Garego Stu.
Należy pamiętać, że Mary Sue szara nie jest jakkolwiek wyjątkowa ani wspaniała. Jest tłem, a wyjątkowości, wspaniałości, wartości oraz wszystkiego tego, co nobliwe, nadaje jej True Lover. Bez niego egzystencja Mary Sue szarej jest pusta i smutna. Mary Sue szara zwykle żyje dla True Lovera.

Cechy wspólne
True Lover to nie tylko domena Mary Sue szarej – po prostu w jej przypadku odgrywa bardzo ważką rolę. Każda Mary Sue musi spotkać Tego Jedynego, często będzie to Ten Zły, Którego Nawróciła Prawdziwa Miłość, nigdy nie wierny przyjaciel z dzieciństwa, który jej nigdy nie opuścił i zawsze był dla niej dobry – True Lover zwykle jest bucem i chamem, więc jak tylko wypatrzymy przystojnego, bezczelnego mężczyznę w tekście, najprawdopodobniej zostanie miłością Mary Sue. Oczywiście po różnych dramatycznych perypetiach łącznie z odbiciem ukochanego przez Złą i Pustą Kobietę, Nie Wiadomo Dlaczego, Ale Zwykle Blondynkę.
Bardzo pożądane jest pozbycie się rodziców z życia Mary Sue – ewentualnie mogą funkcjonować jako przenośny portfel. Najlepiej zabić ich albo wysłać na drugi koniec świata, albo zagrzebać żywcem w narracji. W zależności od typu Mary Sue, utrata rodziców determinuje wyjątkowość klasycznej – jeśli Wybrana, to koniecznie bez starych, kto to widział, ratować świat, kiedy matka na obiad woła – ponurość mrocznej – ma nad czym ubolewać albo wyżywać się na towarzyszach za to, że rodzice nigdy jej nie kochali – oraz nieszczęście szarej – nawet rodzice jej nie akceptowali, tylko Ten Jedyny okazał wyższe uczucia.
Istnieje także kanon, który przewija się w różnych słabszych tekstach dotyczących Mary Sue. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy Mary Sue roni jedną – niekiedy kryształową – koniecznie samotną łzę. Mary Sue schodzi także na śniadanie, zrobiwszy sobie lekki makijaż, w końcu jej urody nie trzeba podkreślać. Ewentualnie Mary Sue szara uważa, że nie ma w tym sensu, ale makijaż i tak uwydatnia jej niedocenione piękno.

Jak się tego ustrzec?
Czujność oraz praktyka. Każdy z nas ma na sumieniu jedną lub więcej Mary Sue – wolimy o nich nie pamiętać albo śmiejemy się, wspominając ich głupiutkie przygody. Niekiedy udało nam się postać uzdrowić, odcinając jej typowe dla Mary Sue cechy, a dodając te bardziej realistyczne. Prawdę mówiąc, Mary Sue grozi nam wszystkim nadal.
Moja najważniejsza rada brzmi – myślcie. Nie możemy tworzyć postaci na zasadzie zgadywania, o kim ludzie najchętniej by czytali. Musimy wiedzieć, o kim pragniemy opowiadać. Nadać postaci cechy, które nawet nam się nie spodobają albo będą irytować czytelnika. Znaleźć balans. Bo każdy z nas ma wady – ale nigdy nie jest tak, że ma same wady albo same zalety, a te skrajności zwykle determinują powstanie Mary Sue.
Druga rada – próbujcie. To nie tak, że jeśli pomyślimy i stworzymy osobę, w którą da się uwierzyć, ustrzeżemy się Mary Sue. Ale to nie powinno nas zrażać, bo każdą średnio dobrze skonstruowaną postać można uratować, tworząc z niej dobrą postać.
Trzecia – słuchajcie. Jeśli ktoś mówi, że postać, którą stworzyliście, wydaje się mało realistyczne i zakrawa o Mary Sue, nie unoście się honorem. Na spokojnie przeanalizujcie argumenty, porównajcie z tekstem – bo nie zauważycie Mary Sue we własnym bohaterze. To czytelnicy najprędzej to wychwycą. Musicie na spokojnie, trzeźwym okiem ocenić, które argumenty są trafione, a które nie, bo i tak się na pewno zdarzy.

Nie dajmy się zwariować!
Prawda uniwersalna jest jedna – nie sposób stworzyć postaci, która nie miałaby przynajmniej jednej cechy charakterystycznej dla któregoś z modeli Mary Sue. Nie chodzi w końcu o to, żeby w ogóle się od tego odciąć, tylko żeby nie wpaść w spiralę niepoprawności. Ostatnimi czasy spotykam się z histerycznym wskazywaniem Mary Sue na każdym kroku.
Postać nie ma rodziców? Mary Sue! Postać umie coś wyjątkowego? Mary Sue! Postać ma bliznę na twarzy? Mary Sue! Wyliczać mogłabym w nieskończoność.
Sednem problemu jest, by wszystko dawkować. Mary Sue powstają zwykle ze zbitki pożądanych przez czytelników cech, nad którymi pisarz przestaje panować. Bohater, zwłaszcza główny, musi zaciekawiać. Musi mieć w sobie coś wyjątkowego – odrobinę. Znamy przecież ludzi, którzy doskonale grają na skrzypcach – tylko nie ma ludzi (albo jest ich cholernie niewielu), którzy zagrają doskonale na każdym instrumencie, jaki wezmą do ręki, choćby pierwszy raz w życiu. Znamy ludzi złośliwych – tylko nikt nie lubi osób, które złośliwością, a nawet bucerą raczą nawet najbliższych przyjaciół. Nie bronię wam kogoś takiego wykreować, oczywiście, ale pamiętajcie – nie wolno potem takiej postaci wybielać w narracji.
Podsumowując – bohaterowie mogą być pod pewnymi względami wyjątkowi. Fascynujący. Zdolni. Osieroceni. Skrzywdzeni. Ale to musi być rzeczywiste. Musi być połączone w spójną całość – a jak o to walczyć, porozmawiamy już innym razem.

Rada drażliwa
Jeśli kreujecie główną postać na własne podobieństwo, tworząc – może i podświadomie – swoje alter ego, macie 98% szans, że stworzycie ciężkostrawną Mary Sue. Takie błędy zwykle nie są już popełniane przez bardziej doświadczonych autorów, ale ci młodsi powinni bacznie oceniać, jakie cechy nadają swoim bohaterom. Można czerpać z samego siebie, to czasami nawet dodaje postaci smaczku, pewnej realności, bo mamy pewność, że ktoś taki naprawdę istnieje (jeśli siebie w ten sposób nie próbujemy gloryfikować). Ale z równym powodzeniem można inspirować się otaczającymi nas ludźmi. Nie tylko samym sobą.
Ale jak już wspomniałam, o tym szerzej kiedy indziej.

8 komentarzy:

  1. Jak stworzyć Mary Sue, np.: potrafiła pięknie tańczyć, była śliczna - najpiękniejsza w klasie, odnosiła sukcesy w niemal wszystkich dziedzinach i wszyscy jej zazdrościli.

    Jak stworzyć człowieka, kobietę, np.: potrafiła pięknie tańczyć, była śliczna - najpiękniejsza w klasie, odnosiła sukcesy w niemal wszystkich dziedzinach i wszyscy jej zazdrościli, ale kiedy na lekcji wf-u musiała przeskoczyć przez kozła, zaczynała drżeć, pocić się, i w efekcie żaden skok jej nie wychodził.

    Przykład marny, ale... xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może tak:: potrafiła pięknie tańczyć, była śliczna - najpiękniejsza w klasie, odnosiła sukcesy w niemal wszystkich dziedzinach i wszyscy jej zazdrościli, ale rodzina, nauczyciele (pracodawcy?) i środowisko wywierało na nią tak wielką presję, by była jeszcze lepsza i lepsza, że nie wytrzymała psychicznie i strzeliła sobie w łeb. :)

      Usuń
  2. Do mrocznej Mary (Gary'ego) Sue już prędzej można by (zamiast OC córki Voldka, która wyszła z mody) podstawić Draco Malfoya, skoro mówimy o fikach potterowskich. Arystokrata z rodziny tru śmierciożerców, zimny, wredny (to jest: zawsze ma ciętą ripostę, a ma ją dlatego, że jest bogaty i nonszalancki), wierzy w czystość krwi (nieważne, że potem jest parowany z Hermioną albo OC-szlamą), szablonowo jest przedstawiany jako ktoś, kto wiecznie nosi maskę obojętności, jest prawdziwie niezrozumiany, ma trałmę, bo jego ojciec (ojciec-wymówka-żeby-spiknąć-Draco-i-Mionę) tak, a nie inaczej go wychował (ciekawe, że Narcyza nigdy nie ma z tym niczego wspólnego, jakby jedynie żyła i marszczyła nos), poza tym Draco zawsze jest superprzystojny, rozchwytywany, wszystkie dziewczyny i osoby o odmiennych orientacjach seksualnych zdejmują dla niego majtki, no i ZAWSZE nonszalancko opiera się o ścianę. Oczywiście jest też cyniczny (chociaż w tym, co powiedział, nie ma NICZEGO cynicznego), sarkastyczny i uśmiecha się ironicznie, zresztą jak opkowy Snape.

    " W zależności od typu Mary Sue, utrata rodziców determinuje wyjątkowość klasycznej – jeśli Wybrana, to koniecznie bez starych, kto to widział, ratować świat, kiedy matka na obiad woła (...)." Ekhem, https://scontent-vie.xx.fbcdn.net/hphotos-xap1/v/t1.0-9/1235967_682123158481675_820539082_n.jpg?oh=ebf1fe281548a52bfe9ecf0387e12608&oe=55AFF5E6

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykład mi się nasunął po lekturze wielu analiz na Logice albo Armadzie - ale faktycznie, tym lepiej pasuje twój. Zwłaszcza że ja się na fikach potterowskich praktycznie wcale nie znam xD

      Usuń
  3. Ciekawe. Muszę przyznać, że kojarzyłam postać Mary Sue, ale tylko tą klasyczną odmianę. Nie miałam pojęcia o mrocznych i szarych Marysiach, więc tym bardziej ciekawie mi się to czytało. Przy okazji odkryłam dlaczego te wszystkie szare myszki i "błyskotliwe" chamskie dziewuchy tak mnie irytują. :)
    Podoba mi się też to co piszesz o popadaniu w przesadę. W końcu zalety nie czynią z postaci tego potworka, tylko wyjątkowo fatalna kombinacja.
    Zastanawia mnie też pewien fenomen. Czemu ludziom (czy to amatorom czy nawet pisarkom - bo z pisarzami popełniającymi ten błąd się jeszcze nie zetknęłam) wydaje się, że chamstwo i bucera to przejawy inteligencji, charakteru i atrakcyjności? Nigdy tego nie mogłam zrozumieć i nadal nie rozumiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * zjadło mi "ich" - miało być "tylko ich wyjątkowo fatalna kombinacja"

      Usuń
    2. Czułam, że ktoś to gdzieś wreszcie musi powiedzieć, że nie każda sierota jest z tytułu Marysią i tak dalej. Te teorie namnożyły się ostatnio jak grzyby po deszczu, ja nie wiem, internety to miejsce stworzone do kreowania paniki .__.
      Wydaje mi się, że po prostu trzeba przejść pewien etap pisania/dorastania. Nie chcę nikogo szufladkować, ale kolosalny odsetek osób piszących w ten sposób jest po prostu niedojrzałych. I niedojrzała może być także osoba koło trzydziestki (a są i takie przypadki). Albo po prostu naprawdę, naprawdę nie panują nad słowem pisanym i nie czują tego, co tworzą.

      Usuń
  4. Świetny tekst!
    Ja na przykład jestem okropnie wyczulona na Mary Sue w "swoim warsztacie", może dlatego, że zaczęłam czytać S. Kinga zamiast tych wszystkich paranormal romance, od których miałam papkę zamiast mózgu i aż się sama teraz dziwię, co ja czytałam... King jest dla mnie idolem, gdy idzie o takie sprawy. Jego postaci są zawsze tak naturalne, jakby naprawdę miały jakieś pierwowzory i to jest piękne ;_;

    Święta racja! To jest coś nad czym trzeba pracować i nie wolno stracić czujności ani na chwilę... ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.