6 marca 2015

Recenzja: Dragon Age: Początek



Serię Dragon Age odkryłam w bliżej niesprecyzowany sposób. Można powiedzieć, że czystym przypadkiem, który zdecydowanie wspominam miło. Sięgnięcie po grę nastąpiło niedługo po premierze, chociaż nie miałam pojęcia, z czym dokładnie się stykam. Te kilka lat temu – pozycja została bowiem wydana w 2009 roku – nie znałam się na gierczanym środowisku najlepiej, żeby nie powiedzieć, że prawie wcale. Szukałam czegoś, co zapewniłoby mi odrobinę rozrywki, z czym ewentualnie bym sobie poradziła, bo najlepsza w te klocki nie byłam, czegoś, co trafiłoby w moje upodobania fantastyczne.
Nie spodziewałam się, że trafię. Nigdy bym nie pomyślała, że trafię aż tak celnie, można powiedzieć, że w samą dziesiątkę.
Dragon Age: Początek (w oryginale Dragon Age: Origins) został wyprodukowany przez dobrze znane wyjadaczom RPGów studio, BioWare. Wydawcą natomiast jest Electronic Arts Inc, co – jeśli mogę pozwolić sobie na osobiste opinie – odbije się jeszcze temu tytułowi czkawką. Ale jeszcze nie teraz.
BioWare znane jest z wielu dobrych tytułów (oraz wielu potknięć w obrębie tych tytułów, jednak zwykle dawali sobie radę z podnoszeniem się z kolan), między innymi Baldur’s Gate, Neverwinter Nights oraz Mass Effect. Dla mnie jednak zawsze w pierwszej kolejności będzie kojarzyć się właśnie z serią Dragon Age.
Gra rozpoczyna się w momencie, w którym na kontynencie Thedas, na samym jego południu, w pogardzanym (oraz bardzo pechowym) państwie Fereldenie na powierzchni pojawiają się okropne, przerażające potwory zwane mrocznymi pomiotami. Wygląda na to, że rozpoczyna się kolejna Plaga, piąta już, która zagraża całemu światu. Na szczęście, jak to często bywa, istnieją także bohaterowie stawiający takim przeciwnościom losu czoła – Szarzy Strażnicy, bardzo nieliczni w Fereldenie, podejmują wyzwanie i mobilizują króla Cailana Theirina, by pokonać zagrożenie, nim urośnie w siłę. Jednocześnie komendant Szarej Straży wyrusza na poszukiwanie nowych rekrutów, bo liczące kilku Strażników bractwo marne ma szanse w starciu z olbrzymią hordą nacierającą na starożytną twierdzę Ostagar na południu Fereldenu.
W tym miejscu wkraczamy my. Z olbrzymią, można by powiedzieć, swobodą. Dostajemy do wyboru rasę – człowiek, krasnolud, elf – pochodzenie w zależności od rasy, klasę, oczywiście płeć. Właśnie stąd, między innymi, bierze się nazwa tej części Dragon Age – z powodu licznych początków, które można wybrać. Człowiek może być szlachcicem wojownikiem albo magiem zamkniętym w wieży Kręgu Maginów. Elf może być wojownikiem żyjącym w wędrownym klanie Dalijczyków, wojownikiem żyjącym w Obcowisku w stolicy, gdzie elfami się gardzi, lub magiem również zamkniętym w wieży Kręgu Maginów. Krasnolud będzie albo potomkiem aktualnego króla, albo Kurzalcem, wyrzutkiem społeczeństwa żyjącym w Kurzowisku. Tak czy siak ostatecznie trafimy w ręce Duncana, który zabierze nas do Szarej Straży, byśmy zasilili jej szeregi w Ostagarze.
Nie będę ukrywać ani owijać w bawełnę – to moja ulubiona seria gier. Jestem jej wielką fanką. Nie oznacza to jednak, że zaraz będę tylko kadzić. Co nie zmienia faktu, że moja miłość na pewno wyzionie spomiędzy wersów, z czym – oczywiście – możecie się nie zgadzać. Ale ja będę bronić.
Przejście całej gry, z zadaniami pobocznymi, zapewnia nam nawet 100 godzin rozrywki, co jak na dzisiejsze standardy jest zaskakująco dobrym wynikiem. Wcielamy się w postać Szarego Strażnika, który musi zebrać pod swoim sztandarem olbrzymią armię złożoną z różnych ras oraz nacji, by poprowadzić ją przeciwko Pladze oraz arcydemonowi. Nie polega to jednak tylko na chodzeniu z punktu A do punku B i zabijaniu potworków. Największą zaletą, a także chyba najsławniejszą etykietą gry jest konieczność podejmowania moralnych wyborów, które zmieniają bieg wydarzeń oraz wpływają na Ferelden. Dość powiedzieć, że chociaż początkowo masz zwerbować, na przykład, magów, możesz skończyć z kimś zupełnie innym po swojej stronie.
W zadaniu Strażnikowi pomaga jego drużyna zaufanych – lub mniej – osób, które z nim podróżują. Można się z nimi zaprzyjaźnić, poróżnić, zabić albo wejść z nimi w związek. Stały, niestały, wieloboczny, jak kto woli. Każda z postaci ma ciekawą, wyraziście zarysowaną przeszłość, zróżnicowany charakter, dzięki czemu gracz może dobrać swój własny wymarzony skład. Oczywiście, dodatkowo każdy z towarzyszy dysponuje różnymi umiejętnościami czy specjalizacjami, których potem mogą nas nauczyć.
Grafika z dzisiejszego punktu widzenia z pewnością nie zachwyca. Tekstury wyglądają wręcz zabawnie (zarost na twarzach przypomina agresywnego pasożyta, który zaatakował nosiciela), ale jedno jest pewne – całość tworzy przyjemny, nieco mroczny klimat. Barwy są raczej ciemne, cieniowanie głębokie, co nadaje nastrojową atmosferę pasującą do tego typu gry. Same modele postaci opracowane zostały dokładnie – jak na ówczesne możliwości – aczkolwiek mimika oraz ruchliwość są zdecydowanie skromne. Za to rzadko spotykamy armię klonów, większość NPC jest zróżnicowana.
Najgorzej, prawdę mówiąc, sytuacja ma się z naszym bohaterem. Strażnik pozbawiony jest mimiki oraz głosu, możemy tylko wybierać jego wypowiedzi z listy. Z jednej strony niemość może nie przeszkadzać, kwestia przyzwyczajenia, a brak mimiki nie robi różnicy, bo przez większość czasu widzimy tył głowy postaci. Ale czasami w cut-scenkach pojawia się nasza postać – a wtedy podziwiamy jej idealny poker face, nieporuszony niemalże niczym. Czasami uniesie brwi, rozdziawi usta, ale zawsze w niemym wyrażeniu emocji. To zdecydowany minus.
Same walki opierają się na opcji autoataku, to znaczy, wybieramy wroga, którego postać będzie atakowała, a potem martwimy się tylko wybieraniem różnych nabytych podczas rozwoju postaci talentów, które pomagają szybciej potwora wykończyć. Należy jednak wspomnieć, że sterujemy – jeśli chcemy – nie tylko naszym Strażnikiem, ale wszystkimi obecnymi w drużynie. Dostępne jest także kreowanie najróżniejszych strategii, które potem zostaną przez towarzyszy wykorzystane podczas potyczki. Na ile jest to wygodna rzecz oraz jak dalece rozwinięta, niestety nie mogę powiedzieć, gdyż nie korzystałam z tej możliwości. Słyszałam jednak, że stoi na zadowalającym poziomie. Należy także pamiętać o taktycznym widoku, czyli rzucie kamery od góry na pole walki, by wybrać pozycje dla swoich towarzyszy oraz zdecydować, z której strony ugryźć oddział wroga.
Zbliżając się do końca, wspomnę o kilku smaczkach, które mnie urzekły i podbiły moje serce, chociaż nie mają wpływu bezpośrednio na rozgrywkę. To między innymi Kodeks – wpisy do niego znajdujemy podczas rozgrywki, za co dostajemy punkty doświadczenia, a zawierają wiedzę o świecie, w którym dzieje się akcja gry. Świecie naprawdę fascynującym, złożonym i najczęściej spójnym (zdarzają się wyjątki, ale gdzie takie wyjątki się nie zdarzają!), z subtelnymi odniesieniami do naszej rzeczywistości. To naprawdę fascynująca lektura i dodaje bardzo wiele dobrego do rozgrywki, bo możemy lepiej zrozumieć to, co się wokół nas dzieje.
Drugą taką sprawą są rozmowy między towarzyszami podczas podróży. Nie raz i nie dwa razy śmiałam się do łez, słysząc ich pogawędki – nie wszyscy się między sobą lubią, często sobie dokuczają, żartują, co tylko pogłębia kreację postaci i ułatwia nam zrozumienie ich. To naprawdę bardzo przyjemny dodatek do zabawy, który ubarwia momenty biegania po lokacji.
Same lokacje nie są zbyt duże, świat jest raczej zamknięty, a podróż odbywa się animacją na mapie, gdzie spotykają nas zdarzenia losowe. Mimo to w każdym odwiedzanym miejscu można znaleźć kilka zadań pobocznych i spędzić w okolicy zaskakująco dużo czasu. Jednak fani olbrzymiego, otwartego świata na pewno nie znajdą tu tego, czego szukają. Nie uważam, co prawda, że taka konstrukcja gry jest jakimkolwiek minusem, ale różni ludzi chodzą po tym świecie.
Podsumowując, Dragon Age: Początek to naprawdę fascynująca, wciągająca przygoda. Nie sposób przejść tego tytułu tylko raz – mamy tyle możliwości, tyle różnych ścieżek do wybrania, że prędzej czy później z ciekawości się wraca, rozgrywa się fabułę na inne sposoby, by zobaczyć, co to nam da. Sama nawet po tych sześciu latach, chociaż ukończyłam grę już około dziesięciu razy z rzędu, nadal do niej wracam. Naprawdę warto sięgnąć po ten tytuł – wraz z DLC takimi jak Kamienny więzień, Szczyt Wojownika czy Powrót do Ostagaru, które dodają rozgrywce smaczku.
Zanim pobiegnę wystawić notę, słowo jeszcze o polskim dubbingu. Przykro mi to mówić, ale w moim odczuciu leży i tylko niektórzy aktorzy stanęli na wysokości zadania (Jacek Kopczyński jako jedyny spisał się lepiej niż oryginał, podobnie Piotr Fronczewski, choć tu nie jest to dla mnie aż tak jednoznaczne). W oryginale postaci zza granicy mają zróżnicowane akcenty, czego polska lokalizacja nam poskąpiła. Wielka, wielka szkoda. Niemniej rozgrywka nie traci bardzo dużo – na pewno odziera się grę z unikatowego klimatu, ale da się to wytrzymać. Zwłaszcza póki nie usłyszy się postaci w oryginale, bo potem to może się nóż w kieszeni otwierać.
Z czystym sumieniem wystawiam 9/10. Nie jest to gra idealna, są w niej niedociągnięcia, ale kryje się w niej magia. I ta magia sprawia, że człowiek gotów jest wybaczyć potknięcia oraz minusy, bo całokształt zasługuje na pochwały. To przygoda, którą każdy fan gier RPG powinien przeżyć.

Z góry przepraszam za chaos recenzencki. Zdeklarowałam się napisać tekst na pierwszy termin, ale ciężko się pisze z wysoką gorączką, myśli uciekają i powstaje bałagan. Poradnik, który obiecałam na drugą część miesiąca, powinien być mniej rozczarowujący.

13 komentarzy:

  1. Nereczka, ja ty w tę grę grałaś bez wykorzystania taktyki? xD Ja sobie właśnie pykam na Koszmarku i chociaż gra jest dziecinnie banalna nawet na tym stopniu trudności, to ja sobie nie wyobrażam niańczyć każdego członka drużyny w czasie walki. Inteligentni w końcu są, mają wiedzieć, co robić, a nie czekać, jak im kto podpowie. :P
    W polskiej wersji podobał mi się głos Morrigan, ale nasza aktorka za cholerę nie potrafiła tak operować głosem, żeby oddać osobowość tej podłej wiedźmy. Claudia Black w oryginale była natomiast fenomenalna, bo ton, z jakim mówi, idealnie oddaje charakter i nastawienie Morrigan. Nie mówiąc już o tym, że miejscami polskie tłumaczenie jest po prostu błędne - grając po polsku miałam w pewnych miejscach niezłego mindfucka, dopiero grając po angielsku ogarnęłam, co poeta miał na myśli. Przykłady można mnożyć.
    Jeśli chodzi o mimikę, gesty i ruchliwość postaci, to to jest chyba taki znak rozpoznawczy BioWare'u. Serio, niedawno grałam trochę w mmo Star Wars: The Old Republic i jak tak patrzę na cutscenki w tej grze, to widzę dokładnie te same gesty i miny, jakie widziałam w Mass Effect. W grach BioWare'u postacie po prostu stoją, ruszają ustami, czasem się uśmiechną, machną ręką, pokażą kciukiem za siebie albo przejdą się po korytarzu tam i na zad, and that's about it. To częściowo pewnie wina silników, z jakich korzystają, że dając graczom dużą swobodę przy tworzeniu postaci, muszą im część tej swobody odebrać gdzie indziej. Dlatego między innymi główny bohater Originsów jest niemy - masz tyle opcji przy tworzeniu postaci, że nagranie osobnego dubbingu dla każdej z nich byłoby zbyt kosztowne i niekorzystnie wpłynęłoby na rozmiar gry. Dodaj do tego jeszcze animacje twarzy dla modelu każdej z trzech ras - stanowczo za dużo roboty. :P
    Btw, chyba ci już kiedyś wspominałam, że ja w Dragon Age'a przez ciebie zaczęłam grać, nie? Jak nie, to teraz wspominam. :P
    Wybacz, jeśli ten komentarz jest tak chaotyczny, że aż niezrozumiały, ja ostatnio szybciej myślę niż piszę, więc tak to potem wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja się nie lubię martwić za bardzo podczas walki! xD Nie grywam na koszmarach, to dla mnie stresujące i krzywdzące! I lubię niańczyć wszystkich naraz, jak jest taka potrzeba. Nie no, czasami coś zrobiłam, coś zmieniłam w taktykach, ale tak wiesz, bez szaleństwa, specem się nie czuję, żeby opinię wydawać wiążącą xD
      Tak, Morrigan - podobnie jak Oghren - jest jednym z tych głosów, które uważam za niezłe, ale nie najlepsze. No bo oryginał właśnie mimo wszystko oddawał więcej emocji, więcej głębi. Nie daj boru posłuchać polskiej Leliany, a Leliany chociażby z innych części, gdzie już nie było lokalizacji - serce krwawi, serio. Masakiera. A co do tych dziwów tłumaczeniowych... taaak, pisząc fika, ciągle się z tym stykam, muszę tekst ratować narracją albo ingerować bezpośrednio w głupotę xD
      Nah, to moim zdaniem odnosi się jedynie do DAO. Znaczy, bo w ME nie grałam za dużo i tak dalej. Ale, cholera, odpal Inkwizycję. Tam postaci MÓWIĄ mimiką, że się tak wyrażę (jedne lepiej, jedne gorzej, ale kurna chata!). Jestem zachwycona postępem, jaki zrobili, bo faktycznie, Origins bazował na pojedynczych machnięciach rąk, uniesieniu brwi i tak dalej. O głównej postaci nie wspominając. Ale z każdą częścią jest coraz lepiej, Inkwizycja to już miód dla oczu, naprawdę. A w Originsie odczytywało się intencje poprzez głos - no i tutaj nasi polscy aktorzy położyli sprawę. Cóż. Ale gra broni się na wielu innych aspektach moich zdaniem, winc :3
      Chyba wspominałaś. Ale nie tylko ty xD Już chyba z pięć osób doprowadziłam do takiej ostateczności. Pracuję nad szóstą!
      Nie no, spoko, zresztą znam ból xD

      Usuń
    2. Ale Koszmar w Originsach jest przebanalny. xD Albo to ja jestem takim koksem, nie wiem. Jak pierwszy raz w to grałam, to miałam problem ogarnąć random encounters na normalu, a teraz odpaliłam sobie nightmare i nie czuję wcale żadnego wyzwania. :P
      O właśnie, Oghren, Oghrena w polskiej wersji mimo wszystko bardzo lubiłam, to był w sumie jeden z tych bardzo niewielu polskich głosów naprawdę świetnie dobranych i wcale nieźle odegranych. Nie tak wyjechany w kosmos, jak oryginalny, ale zawsze. Z drugiej strony, wiedząc jak wygląda nagrywanie dubbingu do gier, cóż, nie potrafię mieć do aktorów zbyt wielkich pretensji. Robią co mogą. :P
      Po pierwsze i najważniejsze - zagraj w ME. Zagraj dużo. Ja wiem, że science fiction ci nie leży i tak dalej, bla bla bla, też tak mówiłam, że sci fi jest be, ale mi się po ME odmieniło całkowicie. Jack 4ever <3. Dobra, fangirl mode off, zanim się rozkręcę. xD
      A wyobraź sobie, że odpaliłam, na walentynki dostałam i się cieszyłam jak głupia. Na konsoli co prawda, bo mój laptop takich cudów techniki za cholerę nie uciągnie, ale ja i tak w sumie konsolowcem jestem, więc whatever. Ale serio - poza tym, że modele postaci ogólnie ładniejsze i bardziej szczegółowe, to większych różnic nie stwierdzam. Jasne, mimika lepsza, ruchy płynniejsze i nie takie karykaturalne, wszystko ładniejsze, ale nadal czuć tak cholernie, że to jest BioWare. Ja nie mówię wcale, że to tym grom jakoś szkodzi, tylko że to jest już chyba po prostu taki running joke wśród BioWare'owych graczy. :P
      Poza tym - krajobrazy w Inkwizycji. Well, fuck. Czuję się jakbym grała w Skyrim, nie wiem tylko, czy to dobrze, czy źle. :P
      Bo ty masz taki dar do przekabacania ludzi, ja nie wiem, czwarty level perswazji czy ki diabeł, w każdym razie działa. :D

      Usuń
    3. Możliwe, że ja jestem aż tak kiepska. Rozprasza mnie planowanie rozdzialików do Szarej podczas gry po prostu! xD
      Nie wiem, jak wygląda, ale domyślam się, że nie stoi na najwyższym poziomie oraz nie jest na liście priorytetów. Dlatego zdecydowanie wolę te napisy, na które tyle osób psioczy, bo przynajmniej klimatu aż tak się nie niszczy. Te akcenty <3 Nie wolno tego odbierać Dragon Ejdżom, nie wolno!
      Zagrałam. Przeszłam całe ME1, ale... nie wzięło mnie. Tak samo nie bierze mnie Wiedźmin i wszyscy chcą mnie za to chłostać. Nie wiem, po prostu... nie wiem xD Ja jestem człowiekiem DA i tego nie zmienisz. Ale za to podoba mi się obrazek, który znalazłam na 9gagu z ME, trzy skriny z trzech części, na pierwszym: reapers are coming. Na drugim: to samo. Na trzecim: what the fuck have I told you. xD
      Hmm, nie wiem, co dokładnie masz na myśli. Przeszłam DAI już trzy razy, w międzyczasie wracając do DAO, no bo Szara, i zauważyłam pewną znaczącą różnicę - ta część rozmów, która jest "filmowa", wygląda zupełnie inaczej. Jasne, te dialogi, które są "w grze", jak te rozmowy z towarzyszami, to faktycznie niewiele się może różnią od DAO. Ale "filmowe"? Według mnie o wiele lepiej. Przypominam sobie chociażby Fenrisa machającego rękoma i Cullena machającego rękoma - zdecydowanie Cullen nie wygląda jak marionetka xD
      Ja się nie czułam jak w Skajrimie. Może dlatego, że to jakoś tak... bardziej zróżnicowane jednak było. Skajrima się szybko na pamięć nauczyłam, na Syczących Pustkowiach NADAL SIĘ GUBIĘ xD
      Muehehehehe, czwarty level nadal rozwijany!

      Usuń
    4. Dobry bajer to połowa sukcesu. :D
      Wygląda często tak, że aktorzy nawet nie wiedzą, jak naprawdę wygląda postać, której podkładają głos. Tak że tego, łatwo nie jest w każdym razie. Nie wiem, kto może psioczyć na napisy. Chyba tylko ta żenująca część społeczeństwa, która czytać płynnie nadal nie potarfi, a po angielsku zna tylko "fuck you". Poza tym dubbing w ogóle odbiera całkiem sporo charakteru - już nie mówiąc o akcentach, czasem ciężko znaleźć aktora, którego głos będzie w ogóle podobny do oryginału.
      ME1 jest najsłabsze z całej serii, tak tylko mówię. Chłostać cię na pewno nie będę, o to się nie martw. Za Wiedźmina tym bardziej, chociaż ja akurat lubię i książki, i gry. W ogóle wiedźmińskie gry to jest ten dubbingowy wyjątek, gdzie polski dubbing jest znacznie, znacznie lepszy od angielskiego, i to wcale nie dlatego, że polski - CDP odwaliło kawał świetnej roboty z wyborem aktorów. W ogóle CDP odwaliło kawał dobrej roboty. ^^
      Co nie zmienia faktu, że ruchy postaci w DAI są bardzo dla BioWare'u charakterystyczne. Znacznie lepsze, niż w DAO, lepsze nawet niż w DA2, ale i tak. Nie wiem, może ja mam po prostu jakieś bardziej "techniczne" oko, że mi się takie rzeczy wyjątkowo rzucają na głowę.
      Dla mnie w tej grzy mnóstwo rzeczy krzyczy "Skyrim", i nie tyle chodzi o brak zróżnicowania terenu (bo tego Inkwizycji zarzucić nie można), co, nie wiem, sposób animacji? Drzewa, trawy, drogi wyglądają jak mocno podrasowany graficznie Skyrim na modach. No i jeszcze te "niefilmowe" rozmowy z towarzyszami - wyglądają zupełnie jak typowe oskryptowane scenki w Skyrimie. Wiem, czepiam się, nic na to nie poradzę. :P
      Pfff, ja się potrafię we własnym mieszkaniu zgubić, więc to dla mnie kiepski wyznacznik. :P

      Usuń
    5. No właśnie. Też czasami mam wrażenie, że aktorzy dostają po prostu skrypty z tekstem i czytają na pałę, ewentualnie nakreślają im kontekst. A już zdecydowanie mam takie wrażenie, jak słucham Leliany. Ona jest tak skrajnie bezpłciowa, podczas gdy w oryginale to naprawdę ciekawa postać, że mi zęby zgrzytają. Pozostaje mi ją ratować w opciu xD
      Gdyby był beznadziejny dialog w Wieśku, fani by ich zeżarli i nawet nie popili, musieli się przyłożyć! I możliwe, że gdybym zagrała w ME2, trochę bym zdanie zmieniła, ale jakoś... no, nie wiem. Ale ja tak mam z wieloma grami, zostawiam je w połowie, bo nic mnie nie przyciąga xD
      Może. Może ja się za bardzo zachwycam. I za dużo myślę o pisaniu podczas grania xD Mimo to animacja Cullena, Kasandry i Doriana moim zdaniem jest baardzo dobra. Aczkolwiek to chwytanie się za brodę u Doriana - faktycznie klasyk xD
      Ostatnio grałam trochę w Skajrima (na modach! xD) i nie rzuciło mi się jakoś w oczy. Ale może faktycznie to taka twoja sprawa, że to zauważasz. Aczkolwiek z tymi rozmowami to się zgodzę - ale przynajmniej system uciekania od rozmowy jest prostszy xD Bardzo mnie bawi, jak postaci to jeszcze komentują.
      Eeeeej, przy okazji... jak pisanie? xD

      Usuń
    6. Ja strasznie nie lubiłam Leliany grając w polską wersję, właśnie dlatego, że dziewczyna ma cholernie irytujący, pozbawiony charakteru głosik. Nie brzmi zupełnie jak "prawdziwa" Leliana, z tym swoim orlezjańskim akcentem. :)
      A to nie, ja to raczej niewybredna jestem. Znaczy - czepiać to się będę zawsze i wszędzie, ale mało która gra jest mnie w stanie tak zniechęcić, żebym nie miała ochoty jej skończyć.
      Tak, te komentarze są urocze i na pewno zwiększają immersję. Bo przecież jak rozmawiasz z człowiekiem, to się raczej znienacka nie odwracasz na pięcie i nie odchodzsz w siną dal. No, a przynajmniej mnie się nie zdarza. :D
      Hahahahahahahahaha, ależ ty dowcipna jesteś. :D Ale tak serio , to idzie mi jak krew z nosa pod górę, ale idzie do przodu i może w końcu się doczekasz jakichś efektów. Nawet myślałam, czy by ci trochę głowy nie pozawracać jak już się ogarnę, bo z ciebie taka fajna beta i w ogóle, ale to jeszcze i tak trochę potrwa. :P

      Usuń
    7. No masakra, mam wrażenie, że w ogóle zmieniała znaczenie niektórych dialogów, odzierając je z ironii i tak dalej... ech, smuteczek. A ja Lelianę bardzo lubię właśnie!
      No to ja albo potępiam i mnie nudzi, albo kocham i jestem bezkrytyczna xD Kochaj albo rzuć, normalnie. Przynajmniej cholernie wierna ze mnie fanka.
      Ja tylko żałuję, że nikt nie komentował skaczących z dachów Inkwizytorów. Gdyby dodali jeszcze coś takiego (może nie sądzili, że gracze będą aż tak... ehm, no xD), to bym płakała ze śmiechu. Moja Inkwizytorka ciągle lądowała Solasowi na biurku, jak wracała od Lelian, gdyby on to komentował... xD
      Och, ależ oczywiście, zawracaj! Ostatnio tak zmolestowałam Sen Chu, że znowu się wzięła za siebie, bo już nawet zapasu do publikacji nie miała xD

      Usuń
    8. O, to, to, dokładnie tak. Dopiero grając po angielsku zauważyłam, że ta dziewczyna naprawdę ma charakter, nie jest wcale miałka i nijaka, wręcz przeciwnie - interesująca i w dodatku całkiem figlarna. Po polsku strasznie mi się nie podobała, ale za to po angielsku stała się taka bardziej autentyczna. :)
      No, mnie też się zdarza być bezkrytyczną, ale bardzo, bardzo rzadko. Dlatego ludziom to się czasem wydaje, że ja wiecznie niezadowolona ze wszystkiego jestem, bo ciągle coś krytykuję. A to nie tak! Ja potrafię godzinami ujadać na logikę Skyrima, albo na wszystkie kretyńskie pomysły z DA2, albo na durnowate zakończenie Mass Effecta, ale to się wcale z moją nieopisaną miłością do tych tytułów nie wyklucza. Wręcz przeciwnie - im bardziej mnie coś jara, tym więcej uwagi temu poświęcam, więc siłą rzeczy tym więcej błędów czy głupot zauważam, ale mi te błędy i głupoty ani trochę z przyjemności nie odbierają. :)
      Graczy się nie da okiełznać! Czegokolwiek by twórcy nie wymyślili, gracze i tak ich zaskoczą. :P Ale fakt, akurat skakanie z dachów powinni przewidzieć. :D Swoją drogą skakanie jest dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów tej gry - w sensie, no, bogowie, jak ja cholernie uwielbiam skakać w grach! To mi chyba zostało po graniu z Morrowinda i Obliviona, gdzie skakanie rozwijało bodajże akrobatykę, więc generalnie nie można było sobie tak po prostu chodzić - trzeba było wszędzie podskakiwać, żeby tę umiejętność rozwijać. I teraz tak mam, że jak tylko mi gra na to pozwala, to sobie hopsam, chociaż już nic z tego nie mam, ale to jest taki odruch bezwarunkowy, nic nie poradzę. Zawsze mi się chce śmiać, jak sobie wyobrażę, jakie miny powinni mieć ludzie, którzy mijali po drodze mojego wesoło hopsającego Dovahkiina. xD
      Jeszcze tego pożałujesz! :D Ale ten, może jak się wreszcie ogarnę i uznam, że to już ten czas, kiedy można by wreszcie coś na bloga zacząć wrzucać, to się odezwę. Bo ja to cholerstwo już tyle razy przepisuję, że naprawdę mi się oczach troi, nie mówiąc już o tym, że mógłby ktoś inteligentny na to zerknąć, zanim to do sieci wrzucę i się skompromituję. xD Poza tym dodatkowa motywacja zawsze się przyda. :D

      Usuń
  2. Ostatnio pożyczyłem od kumpla właśnie Dragon Age Origins i cóż, wsiąkłem x)
    Nie wiem, czy gra rzeczywiście jest taka łatwa czy może ja taki dobry, ale podejrzewam, że to pierwsze. Zazwyczaj gram na najwyższych poziomach trudności, bo jest ciekawiej, więc naturalnie mój wybór padł na Koszmar. I co? Jasne, na początku sobie nie radziłem w ogóle (gram człowiekiem-łotrzykiem, czyli szlachcicem), ponieważ nie bawiłem się w opcje taktyczne. Ot, postacie mi padały, bo musiałem każdego leczyć z osobna. Rozkazałem im samemu się leczyć, gdy punkty życia spadną poniżej 25% i to był przepis na sukces. Wystarczy jeszcze trochę taktyki, wyciąganie przeciwników, żeby walczyć z nimi pojedynczo i nawet nie czuję, że gram na najwyższym poziomie trudności. Aktualnie czuję się, jakbym odpalił na normalnym ._.
    I jak zwykle w grach, przytrafiają mi się zabawne, przynajmniej dla mnie, sytuacje. A to matka mojej postaci była silniejsza ode mnie (mój łotrzyk nie mógł założyć jednej zbroi, ale jego matka już tak : D), a to zabiłem więźnia siedzącego w klatce i wytłumaczyłem strażnikowi, że się na mnie rzucił. Jak to wyjaśnienie przeszło, ze śmiechu leżałem na ziemi : D
    Polski dubbing sam w sobie nie jest zły. Zła jest powtarzalność głosów. W każdej grze są te same głosy, dobrane do różnych postaci, ale jednak te same. No i często są pozbawione emocji. Ogółem oryginalne głosy są z reguły lepsze (wyjątkiem jest Wiedźmin)
    Irytuje mnie trochę to, że nasza postać jest niemową. Może studiu brakowało kasy, żeby zatrudnić kilkunastu aktorów do nagrania tych wszystkich kwestii mówionych przez bohatera?
    Ale przegrałem dopiero z cztery godziny, więc nie mogę się zbytnio wypowiadać ; )
    A.J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak stwierdziłam powyżej, możliwe, że to ja po prostu jestem taka kiepska. Na szczęście dla każdego coś dobrego, jak sobie nie radzę, to nie ustawiam koszmaru, i leci, a fabułą się cieszę. I jestem fanką, nikt mi nie powie, że nie można, o!
      DAO ogółem ma dużo takich uroczych sytuacji jak ta z więźniem. Co do zbroi - podejrzewam, że była to po prostu zbroja ciężka, a Eleonora jest z klasy wojownikiem. Dlatego łotrzyk nie mógł tego założyć, bo łotrzykowie zbroje lekkie prędzej założą ^^
      Polski dubbing jest kiepski i przytaknie każdy, który usłyszał oryginał. Powtarzalność to już inna kwestia, nie widzi się tego aż tak wyraźnie jak ja w Skyrimie (nie wiem, może jestem jedyna), na szczęście tam dało się przełączyć na głosy oryginalne.
      Podejrzewam, że tak. Zresztą gdzieś w odmętach widziałam wywiad, w którym przyznawali, że to nie jest tania zabawa i w przypadku Originsa był to naprawdę duży problem. Ale z biegiem czasu się BioWare uczy, jak to ogarnąć.

      Usuń
    2. Czy ja wiem? Specjalnym taktykiem nie jestem. Ot, sami się leczą i używają umiejętności. A większość to wyciąganie przeciwników, by walczyć 4 vs 3,4 a nie 4 vs 10.
      Ja się śmiałem jeszcze z końca prologu, kiedy to krzyczałem na matkę mojej postaci, żeby oddała mi zbroję x) Myślałem, że przepadnie, bo kobieta została z ojcem.
      No, w Skyrim to była masakra. Biegniesz z Ralofem bodajże (ucieczka z Helgen Keep), gadasz z jego siostrą i szwagrem, a wspomniany szwagier i Ralof mówią tym samym głosem.
      Jeśli chodzi o głos, który mnie, faceta, przyprawia o drżenie nóg, jest to głos Adama Jensena z Deus Ex Human Revolution. Gram w tę grę głównie, żeby posłuchać sobie tego aktora x)

      Usuń
    3. Tak się tylko bezczelnie wtrącę: powtarzalność głosów to jest w ogóle znak rozpoznawczy Bethesdy - w "angielskim" Skyrimie co druga postać mówi tym samym głosem, w Oblivionie było dokładnie tak samo. :P

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.