12 marca 2015

Recenzja: Czarny Pryzmat

Miała być recenzja Heroiny, ale się dziewczę nie wyrobiło. Dlatego znowu dostajecie coś ode mnie, na zdrowie!


Przygodę z twórczością Brenta Weeksa rozpoczęłam – prawdopodobnie jak większość – z jego Trylogią Nocnego Anioła. Już wtedy zakochałam się w sposobie opowiadania autora, jego pomysłach oraz poczuciu humoru. Na ślepo, całkowicie ufając w to, co potrafi, kupiłam Czarny Pryzmat w nadziei, że czeka mnie kolejna wspaniała przygoda.
Nie pomyliłam się. Jestem właśnie najbardziej rozdartym człowiekiem na świecie.
Brent Weeks stworzył nowy świat od podstaw, jeszcze bardziej spójny oraz wyrazisty niż w pierwszej powieści. Jednak na ukłon przede wszystkim zasługuje oryginalne spojrzenie na magię, na której opiera się cała struktura społeczeństwa oraz fabuła. Otóż magia jest krzesana ze… światła. Krzesiciele – czyli inaczej magowie – władają jednym lub kilkoma kolorami mającymi odmienne struktury oraz wpływ na osobowość używających je osób. Ludzie pozbawieni zdolności krzesania skazani są na łaskę swych „dobroczyńców”, jak to bywa w każdym hierarchicznym społeczeństwie.
Przygodę zaczynamy u boku Kipa, niezdarnego, grubego chłopaka mieszkającego w niewielkiej wiosce. Wszyscy nim gardzą i często nim pomiatają, rodzona matka nigdy nie powiedziała mu, że go kocha, a Kip – chociaż pogodzony z własną ułomnością – jest osobą pełną kompleksów oraz pozbawioną wiary w siebie. Wszystko jednak musi się zmienić, kiedy samozwańczy król Garadul postanawia zrównać jego miasteczko z ziemią, bo odmówiono wydania mu mężczyzn do nowej armii. Kipowi udaje się przetrwać masakrę, ale gdy wszystko zaczyna się walić, na odsiecz przychodzą osoby, których najmniej się w zapomnianym przez Orholama miejscu spodziewał. Sam wielki Pryzmat, jedyny człowiek potrafiący władać dokładnie wszystkimi kolorami bez ograniczeń.
Nie sposób powiedzieć niczego więcej, bo każde następne zdanie mogłoby zdradzić istotne elementy fabuły. Prawdę mówiąc, nawet nie wiem, od czego zacząć. Nie zamierzam ukrywać, w tej powieści także się zakochałam – pomysł, intrygi, zwroty akcji, opisy, bitwy, brutalizm oraz naturalizm, czyli wszystko, co składa się na twórczość Brenta Weeksa, stało na bardzo wysokim poziomie.
Muszę przyznać, że do tej pory Weeks pozostaje jedynym pisarzem, którego opisy potrafią mnie obrzydzić do tego stopnia, iż zaciska mi się gardło. Może ledwie dwa albo trzy razy w ciągu siedmiuset stron, ale musicie wiedzieć, że należę do osób bardzo odpornych. Tak czy siak narracja stoi na wysokim poziomie – jest wartka, prowadzona odmiennie w zależności od postaci, z punktu widzenia której narrator mówi, często ironiczna, jednak także bardzo konkretna. Pole bitwy zostało nakreślone w tak wyrazisty, oczywisty sposób, że nie miałam najmniejszych trudności z połapaniem się w gwałtownych wydarzeniach. Naturalistyczne wizje walki malują okolicę w bardzo krwawych obrazach. Ponadto Weeks ma talent do opisywania architektury, co dla mnie w szczególności było miodem na serce – historia sztuki w końcu spacza nieodwracalnie.
Zwroty akcji najczęściej zostawiały mnie zdumioną, z rozdziawionymi ustami oraz ściśniętym żołądkiem. Znając skłonności autora z poprzedniej powieści, drżałam nad losem postaci, martwiąc się, czy przypadkiem zaraz nie zada mi ciosu prosto w serce, krzywdząc moich faworytów. Na szczęście tym razem się upiekło – ale przede mną jeszcze dwie części z tej serii, aż strach się bać! Intrygi wykręcały mi mózg na drugą stronę i może niektórzy powiedzą, że zbyt wymyślne czy pokręcone, jednak dla mnie idealne. Uwielbiam powieści, w których czytelnik próbuje odgadnąć rozwiązanie zagadki, a okazuje się, że prawda przekracza jego najśmielsze oczekiwania. Chociaż mam wielu lubianych pisarzy, żaden nie zaskakuje mnie tak, jak robi to Brent Weeks.
Postaci jak zawsze do kochania, ci źli natomiast nie są konstruowani jednoznacznie do nienawidzenia. Gdyby nie to, że moje serce skradł ktoś inny, byłabym gotowa stanąć po stronie głównego wroga głównych bohaterów, tak rozsądnie mówił. Chyba nie umiałabym wskazać jednoznacznie faworyta, chociaż muszę przyznać, postaci męskie wychodzą Weeksowi lepiej – lub bardziej do mnie docierają. Mimo że za Karris szczerze przepadam, moje serce nieodwołalnie należy do Kipa oraz Gavina. Kip przy okazji jest moim ulubionym narratorem, bo jego sarkastyczne wtrącenia podczas snucia przemyśleń są niczym złoto. Tak czy siak każda z ważniejszych postaci wybija się z tła, ma konkretne cechy oraz spójną osobowość. Jestem w stu procentach pewna, że osoby tego pokroju gdzieś między nami mogłyby żyć.
Już dawno tylu miłych słów z siebie nie wyrzucałam na temat przeczytanej książki. Mimo tylu pochwał mój nowy ulubieniec nie dostanie jednak najwyższej noty – chociaż moje serce zostało podbite, nie musi tak być z cudzymi sercami. Przede wszystkim dlatego, że akcja rozwija się bardzo powoli, przez setki stron. Nie nudziłam się, nie dłużyło mi się czytanie, ale wyobrażam sobie, że niektórych może to frustrować. Ten powolny wstęp pozwolił nam, co prawda, z całym impetem oraz pełnym zrozumieniem wpaść w sam środek intrygi, dlatego pochwalam tak dokładne przygotowanie czytelnika. Nie jest to jednak jednoznaczną zaletą.
Siląc się na jak największy obiektywizm, wystawiam 8/10. Książkę kocham i prawdopodobnie żadna moc tego nie zmieni, ale nie było idealnie. To jeszcze nie jest najwyższy poziom, który Brent Weeks już raz osiągnął – życzę mu, by w następnych częściach pobił samego siebie. Jak na wstęp do Powiernika Światła, wypadło świetnie. Niecierpliwie będę łypać na półkę, tęskniąc do drugiej części.

2 komentarze:

  1. Wiesz co? Ja po przeczytaniu tej książki naprawdę nie mogłam zrozumieć, co ludzi (i mnie przy okazji) tak zachwyciło w "Trylogii Nocnego Anioła". Serio, jak dla mnie "Trylogia" w porównaniu do "Powiernika" wypada blado, jest miałka i ograniczona. Nie zła sama w sobie, ale "Powiernik" przebija ją praktycznie pod wszystkimi względami, a szczególnie jeśli chodzi o świat przedstawiony i konstrukcję fabuły. Jak wcześniej po prostu lubiłam Weeksa, tak po tej książce wprost go uwielbiam. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to na pewno, Weeks się bardzo rozwinął od czasu Anioła. Anioła kocham... sentymentem i koncepcją. Bo po prostu bardzo trafił w moje gusta, a jak komuś się to uda, to jestem cała jego xD Więc ja tylko uwielbiam go bardziej, no. Nie mogę się doczekać, aż sięgnę po drugą część, mru.

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.