29 stycznia 2015

Recenzja: Interstellar

Obiecana została Wam recenzja od Nearyh, jednakże sesja jest bardzo niełaskawa, dlatego też w tym miesiącu to ja zasypię Was swoim bełkotem.

Interstellar (2014), Sci-Fi, Christopher Nolan
Nominowany do pięciu Oskarów, w tym za muzykę Hansa Zimmera, scenografię oraz efekty specjalne, Interstellar (drugi film o tym tytule) obudził we mnie bardzo gwałtowne odczucia. Obawy, iż film okaże się bardzo zbliżony do dobrze nakręconej, choć niewymownie nużącej Grawitacji, szybko zostały rozwiane. Dzieła nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego, pominąwszy miejsce, w którym rozgrywa się główna akcja - przestrzeń kosmiczną. Jeżeli do tej pory uważaliście kosmos za niewiarygodnie nudny, diametralnie zmienicie zdanie.

Film intrygujący jest głównie ze względu na jedną z wielu odpowiedzi, której można udzielić na pytania: Co będzie z ludzkością, kiedy Ziemia zacznie umierać? oraz Co jest tam, dalej, poza tym, co znamy? Sama idea tuneli czasoprzestrzennych, ugięć i różnic w upływie czasu, a także funkcjonowania czarnych dziur - co zostało zaprezentowane w filmie - bazuje wyłącznie na teoriach; na razie pozostaje jedynie założeniem, fikcją, jedną z miliona możliwości. Dlatego też ciężko jest zanegować realizm fabuły. Może poza tym, iż wizja końca świata opiera się wyłącznie na nauce; bohaterowie raz czy dwa wspominają o Bogu, lecz na ogół jednomyślnie zgadzają się, iż istnieje tylko Ziemia przeciwko reszcie wszechświata; że nie ma nic więcej. Sądzę, że w rzeczywistości sprawiłoby to o wiele większe problemy.


Wbrew pozorom akcja nie toczy się wyłącznie ani nawet w większej mierze w przestrzeni kosmicznej. Film został podzielony równomiernie - na kosmos i naszą kochaną planetę, a zarówno lśniące gwiazdy, jak i grudki pyłu dostarczają wystarczająco dużo wrażeń. Obie te części łączy wspólna sprawa, obie napotykają liczne przeciwności, jak i drobne sukcesy. To wszystko sprawia, że widz kibicuje wcale nie mniej entuzjastycznie bohaterom pozostającym na Ziemi, co tym przebywającym w innym układzie słonecznym.

Zdecydowanie najciekawszy oraz najbardziej intrygujący element Interstellara stanowi ukazanie tego, czego przez najbliższe setki lat nie będzie nam dane zobaczyć na własne oczy - tunel czasoprzestrzenny, inny układ słoneczny, inne planety, na których może istnieć życie podobne do naszego. W przeciwieństwie do Avatara, gdzie obca cywilizacja została ukazana jako już znana człowiekowi, tutaj kroczek po kroczku dopiero poznajemy nowe światy. Łatwiej jest więc sobie wyobrazić, jak wygląda tak wielkie odkrycie. Nie jestem ogromną fanką sci-fi, ale muszę przyznać, że samo to uczucie jest bardziej niż podniecające. Zyskiwanie świadomości, że - a jednak! - jest coś jeszcze, coś dalej, coś, czego nie widzimy. Rzecz jasna z fizycznego punktu widzenia to jak najbardziej oczywiste, lecz między teorią a praktyką zionie przepaść. Co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć. Nolan pozwala nam tego zakosztować, choć odrobinę zaspokajając ciekawość.


Ogromną zaletą filmu jest ciągle narastające, ani na moment nie ustające napięcie. Już w pierwszych minutach da się wyczuć niepokój charakterystyczny dla ciszy przed burzą. Później napięcie wręcz wbija w fotel. Wyszłam z kina mając zupełnie fioletowe wargi po nieustannym ich przygryzaniu z nerwów. Na małym ekranie jeszcze Interstellara nie oglądałam i szczerze mówiąc, piekielnie boję się, że nie zrobi na mnie takiego wrażenia, jak na sali. Choć wybrałam się na film dwukrotnie, wywarł na mnie to samo piorunujące wrażenie. Największe emocje wzbudzają z pewnością turbulencje statku kosmicznego, zbliżanie się do Gargantui (czarnej dziury) i zmagania bohaterów z całkowicie morską planetą, na której lądują. Bardzo ciekawe doświadczenie stanowi jednocześnie wnikanie w meandry ludzkiej psychiki. Zachowania załogi statku Endurance przejawiają się na różnorakie sposoby, a ich odmienność i niestabilność skłaniają do rozmyślań, wzbudzają strach, niszcząc przy tym poczucie bezpieczeństwa nawet w widzu, lub doprowadzają do załamania nerwowego, którego osobiście dwukrotnie doświadczyłam. Jedną ze scen, na których zalałam się łzami, jest ta, w której główny bohater Cooper (Matthew McConaughey) po powrocie z planety niebezpiecznie zbliżonej do Gargantui uświadamia sobie, że minęły dwadzieścia cztery lata (różnica czasu wynika z ugięcia, które powoduje silne oddziaływanie czarnej dziury). Załamany, ogląda wiadomości wideo od swoich dorosłych już dzieci, które pozostawił na Ziemi jako dziesięciolatkę i niewiele starszego od niej brata.

To, co najbardziej denerwuje w Interstellarze, to z pewnością aż czterokrotnie cytowany w całości wiersz, który niepotrzebnie dodaje patosu (cała sytuacja z ratowaniem umierającej Ziemi jest już wystarczająco patetyczna, w bardzo przyjemny sposób zresztą, więc przedobrzanie to ostatnie, co filmowi było trzeba). Irytuje również niewyraźny sposób mówienia McConaughey'a. Gdyby nie napisy, miejscami nie mogłabym wyłapać sensu wypowiedzi. Brakuje złych postaci, co akurat jest sporym plusem, bo co tak naprawdę decyduje o tym, że człowiek jest dobry lub zły? Owszem, w filmie pojawia się postać Dr. Manna (Matt Damon), usiłująca częściowo udaremnić załodze Endurance misję, lecz jest to osoba, która częściowo postradała zmysły ze strachu, samotności, utracenia nadziei. Ciężko w tej sytuacji obarczać ją winą, a nawet należałoby współczuć.

Interstellar posiada zdecydowanie więcej zalet niż wad. Na ogromne oklaski zasługuje fantastyczna klimatyczna muzyka Hansa Zimmera (możecie posłuchać tutaj: klik), a także wybitna scenografia. Ani na moment nie zwalniająca akcja, rwąca na złamanie karku, nie pozwala na chwilę wytchnienia, co u Nolana jest chyba najlepsze. Przyznam szczerze, że od wielu lat nie obejrzałam tak dobrego filmu. Filmu, który ująłby mnie całkowicie mimo pomniejszych naciągnięć (jak mówiłam, podróże kosmiczne to dla nas wciąż jedynie teoria, więc wersja Nolana jest równie prawdopodobna, co każda inna). Z czystym sumieniem przyznaję 9/10.

3 komentarze:

  1. Taaak, ostatnio wreszcie sobie obejrzałam ten film, na małym ekranie - i nie zostałam wbita w fotel, ale w łóżko, he. Muzyka to, jak dla mnie, największa zaleta tego filmu - bez niej nie byłoby aż takiego napięcia, normalnie momentami aż podnosiłam się, bo leżenie pod ciepłą pierzynką jakoś nie pasowało do rozgrywających się na ekranie scen. Strasznie spodobało mi się też to, że tak wiele czasu spędziliśmy na ziemi, poznając realia tamtych czasów. Mnie sposób mówienia McConaugheya nie przeszkadzał, ale to pewnie dlatego, że podobnie (chociaż z silniejszym akcentem) mówił w True Detective, być może się przyzwyczaiłam. Z kolei mnie strasznie denerwowała narracyjność dialogów - momentami postacie tłumaczyły doskonale znane sobie nawzajem fakty, oczywiście po to, żeby widz zrozumiał, o co chodziło, no ale uważam, że zawsze jest lepszy sposób na przekazanie takich informacji.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja rzucę propozycją: pozaglądałam sobie w zakładki, no i szczerze mówiąc, to ciągłe klikanie, żeby przenieść do kolejnej strony jest z lekka męczące i da się pogubić ;/ np w "Zagrycha"- muszę kliknąć na dyskusje, wtedy przenosi mnie d dyskusji, ale potem jak bym chciała wybrać co innego, to trzeba cofać i cofać. Nie wiem jak dla was, ale moim zdaniem lepiej by było zrobić rozwijany tekst. W sensie, że kliknę na ">> Przejdź do spisu dyskusji <<" ale nie przechodzę do nowej strony, tylko tekst z tytułami dyskusji się rozwija, znowu klikam i się zwija :) tak było by może praktyczniej, przynajmniej moim zdaniem :D Nie wiem czy umiem zrozumiale tłumaczyć, więc np coś takiego jest tutaj: http://terriblecrash.blogspot.com/p/instrukcje-css_1.html (klikam np na "praca z blogspotowym szbalonem - jak zacząć" i BAM tekst się rozwija)
    Wtedy większość była by w tym samym miejscu, bez zbędnego przemieszczania się na kolejne strony ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za informację, ale ja już znam ten sposób :P Zresztą, używałam już tego kodu w notce "Analiza działalności Baru" przy rozwijaniu statystyk z ubiegłych lat. Ale jeśli chodzi o Zagrychę, hm, mnie jakoś nigdy to nie przeszkadzało, mówiąc szczerze. Niby fakt, mogło by to być wygodne, zastanowię się. Choć samo tworzenie tych rozwijanych list jest strasznie irytujące, bo wiecznie muszę coś poprawiać (na ogół zawsze się coś chrzani), a leniwa ze mnie istotka.

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.