15 stycznia 2015

Recenzja: Hobbit. Bitwa Pięciu Armii

Dawno nie było recenzji, bo aż prawie dwa miesiące. Jakoś nie miałam do tego głowy, mimo że zdążyłam w tym czasie przeczytać sporo książek (oczywiście fantasy, jakżeby inaczej) i kilkakrotnie wybrać się do kina. Cóż, chyba każdy ma przestoje w pracy. Na szczęście zapał wrócił, buchając przy tym błękitnym płomieniem, więc od tej pory recenzje będą pojawiały się częściej, to mogę z ręką na sercu obiecać :)
Póki high na Hobbita jest w miarę świeży, postanowiłam podzielić się z Wami wrażeniami z trzeciej części filmu. Uprzedzam jednak, że jeśli spodziewaliście się pochwalnej reklamy, to będziecie (nie)miło zaskoczeni.

UPRZEDZAM, iż recenzja zawiera spojlery i jest przeznaczona raczej dla osób, które film już widziały i chcą wymienić się spostrzeżeniami.


Na trzecią część epickiej opowieści o Bilbie Bagginsie obowiązkowo trzeba było się wybrać, mimo że w moim odczuciu Hobbit ledwie doskakuje Władcy Pierścieni do kostek, choć jest niewątpliwie bardziej widowiskowy (efekty specjalne robią swoje). Miałam sposobność obejrzeć film dwukrotnie na kinowym ekranie, raz w wersji z napisami, raz dubbingowanej, lecz w obu przypadkach w technologii 3D.
Nie powiem, żebym specjalnie przepadała za filmowym trójwymiarem. Zwłaszcza, gdy akcja wymaga od aktorów biegania, skakania, siekania mieczem - lub też rzucania nim, o czym przekonacie się w dalszej części recenzji - oraz wielu innych bardzo ruchliwych czynności; wówczas krawędzie zaczynają mrugać, nakładać się na siebie i w efekcie psuć całe wrażenie. O nieczytelności wypukłych napisów nie wspominając.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, to dubbing pozostawia naprawdę wiele do życzenia. Miałam to szczęście, iż pierwszy seans oglądałam z napisami - i tutaj duży ukłon w stronę tłumaczy, ponieważ dialogi zostały przedstawione w polskim języku bardzo zgrabnie i dźwięcznie, nawet jeśli miejscami daleko im było do oryginału. Wiadomo jednak, iż dosłowne tłumaczenie angielskich zwrotów niekoniecznie wychodzi filmom na dobre, dlatego nie będę się czepiać. Podkładane głosy, pominąwszy kwestię naprawdę beznadziejnej translacji, całkiem dobrze pasują do postaci. Jestem wielką fanką głosu Bilba w polskiej wersji, który brzmi bardzo podobnie do oryginalnego. Również głosy elfiej oraz krasnoludzkiej kompanii są bardzo miłe dla ucha. O Obelixie wcielonym w Gandalfa jednakowoż się nie wypowiem, gdyż jest to, można by rzec, błąd kardynalny.
Przejdźmy jednak do fabuły.

Widz już na samym początku zostaje rzucony w wir wydarzeń. Film rozpoczyna scena nalotu smoka na Miasto na Jeziorze, czego groźba wisiała w powietrzu od zakończenia drugiej części Hobbita - Pustkowie Smauga. I właśnie wtedy pojawia się pierwsza iście absurdalna scena. Pamiętacie wielką, nazwijmy to, kuszę, z której Bard miał strzelać osławioną czarną strzałą do smoka? Tym razem okazuje się ona zbyteczna. Otóż nasz ludzki przyjaciel postanawia podjąć bezcelowe działanie, jakim jest ostrzał gadziny z najzwyklejszego w świecie łuku. Gdy jednak czarna strzała w końcu wpada mu w ręce, łuk łamie się. Co robi Bard? Wbija drewniane końce broni w rusztowanie dzwonnicy (tak po prostu) i naciąga czarną strzałę - która, swoją drogą, wygląda jak pręt od płotu - opierając ją na... ramieniu swojego syna. Pomińmy fakt, że metalu tej ciężkości zwykła cięciwa nie byłaby w stanie wystrzelić. Pomińmy fakt, że nawet gdyby do tego doszło, broń rozharatałaby dzieciakowi pół ramienia i pewnie przetrąciła kark. Pomińmy też fakt, iż Bard niczym zawodowy snajper wymierza do wroga, ustalając pozycję słowami "trochę w lewo" - nieważne, że Smaug przed ostatecznym strzałem zdążył milion razy zmienić pozycję - i trafia dokładnie w odsłonięte miejsce nad sercem smoczyska (brak jednej jedynej łuski). Następnie, rzecz jasna, dzwonnica wali się pod cielskiem smoka, lecz ojciec wraz z synem wychodzą ze starcia bez szwanku.
Tak szybkiego załatwienia sprawy nikt nie mógł się spodziewać.
Później długo nic się nie dzieje, jeśli chodzi o zdumiewające zwroty akcji, ale to nawet dobrze, ponieważ efektów specjalnych oraz kolejnych absurdów (nawet jak na fantasy) w całym filmie jest aż nadto. W tej ciszy przed burzą mamy szansę przyjrzeć się portretom psychologicznym postaci. Tu muszę powiedzieć, że o ile w poprzednich częściach postać Thorina Dębowej Tarczy nazbyt mnie nie zainteresowała, to tym razem naprawdę skrupulatnie analizowałam jego poczynania. Ma to oczywisty związek z szaleństwem, jakie ogarnia Króla Pod Górą, żądzą złota. Thorin coraz bardziej popada w paranoiczny stan, który zaczyna stanowić niebezpieczeństwo nie tylko dla niego samego, lecz także dla pozostałych członków kompanii. Filmowcy całe szczęście nie zrobili z niego postaci dramatycznej niczym Golum, bo to byłaby drobna przesada, niemniej wzbudza on bardzo skrajne uczucia - od gniewu, przez nienawiść, po żal i współczucie. A nawet rzeczywistą sympatię! Chętnie nagrodziłabym aktora brawami za szaleństwo w jego oczach oraz tak przepiękny zniewalający uśmiech podczas rozmowy z Bilbem o żołędzi. Doprawdy, serce mi zmiękło, mimowolnie się uśmiechnęłam.
Nie zapominajmy jednak o samym Bilbie, który z części na część staje się coraz odważniejszy i mężny. Jego nieskalana postawa wbrew pozorom nie ma w sobie nic z Marysi Zuzanny. Należy pamiętać, że Tolkien zapoczątkował motyw walki dobra ze złem oraz dzielenia barw świata na czerń oraz biel. Tym razem mamy jednak do czynienia z ogromną wewnętrzną przemianą, dorównującą tej, która dotknęła Thorina. Hobbit wszelkimi siłami stara się postępować słusznie, przy czym doskonale mu to wychodzi. Odniosłam wręcz wrażenie, iż jest jedyną osobą myślącą w pełni racjonalnie. Doceniam również wspaniałą mimikę aktora, którą zachwycałam się praktycznie w każdej scenie z naszym bohaterem (szczególnie, gdy kręcił on w zamyśleniu nosem - piękne!). Ta wesoła postać przyjemnie akcentuje prawdziwy cel wędrówki do Ereboru, nie pozwalając zapomnieć o nim nawet na chwilę, mimo że wojna wisi na włosku, a jej widmo stanowczo zbyt mocno oślepia pozostałych bohaterów.
Trójkącik miłosny nie rozwija się w tej części za mocno, co uważam za zdecydowany plus, gdyż w Pustkowiu Smauga widz został zbombardowany miłosnymi wstawkami pomiędzy Kilim a Tauriel, a także zazdrosnymi uwagami Legolasa. Tego oszczędzono w Bitwie Pięciu Armii, aby nie tworzyć kolejnego melodramatu.
Nie można również zapomnieć o kluczowej postaci komediowej - Alfridzie (byłym zastępcy pana w Mieście na Jeziorze). Ten irytujący i wzbudzający chęć mordu człowieczek przeistacza się w postać godną szczerego śmiechu. Wcześniej jedynie grał na nerwach, z niezwykłą precyzją dodam, teraz stanowi obiekt farsy, rozładowujący nieco napięcie podczas krwawej bitwy. Scena, w której przebiera się za kobietę, aby uniknąć walki z orkami - gdy wyładowuje biustonosz sukni złotem, czemu towarzyszą brzmiące z politowaniem słowa Barda: "Alfrid, halkę ci widać" - BEZCENNA.
Na razie pochwały mi się skończyły, zostawiłam jednak kilka maleńkich na koniec. Przejdźmy do meritum, czyli do walnej bitwy, o którą de facto chodziło od początku.


Obraz bitwy generalnie wypadł nie najgorzej, mimo że wciąż pozostawia wiele do życzenia. Przede wszystkim filmowcy, najwyraźniej zbyt zaabsorbowani wtykaniem efektów specjalnych gdzie popadnie, zupełnie nie zwracali uwagi na powstałe niedociągnięcia, nielogiczności. Gdy pierwszy raz na ekranie pojawia się armia elfów, liczy sobie ona co najmniej kilka tysięcy zbrojnych. W samej bitwie zaś udziela się może parę setek, reszta w tajemniczych okolicznościach znika. Odwrotnie ma się sprawa armii krasnoludów - tych, na to wygląda, jest kilkaset z początku, w dalszej części bitwy nagle zaczyna się od nich roić. Mam wrażenie, że tylko liczba orków i ludzi pozostała niezmienna.
Poza tym w czasie trwania walk odległości są niesamowicie niedoceniane. W momencie, gdy krasnoludzka armia samotnie naciera na hordy orków, elfy ani drgną, zostając przez to daleko daleko daleko (zakończę na dwóch powtórzeniach) w tyle, by już w następnym kadrze niespodziewanie wyskoczyć zza pleców tymczasowych sojuszników. To samo tyczy się prędkości, z jaką orkowie przedostają się pod sam Erebor oraz faktu, iż tak liczna armia nie byłaby w stanie przebyć drogi z Gundabadu (orkowej twierdzy) pod Górę w ciągu doby. A jednak! W Hobbicie wszystko jest możliwe.
Pojawia się również moment, gdy nawrócony Thorin rozkazuje rozbić barykadę na bramie Ereboru (którą wcześniej sam kazał zbudować) przy pomocy ogromnego dzwonu. Boczna kamera pokazuje jego wędrówkę (dzwonu, nie Thorina) z wnętrza góry na zewnątrz i z powrotem, lecz już następna - czołowa - rejestruje tylko ziejącą pustką wyrwę. Po dzwonie nie został najmniejszy ślad (ukradli rekwizyty, co tłumaczyłoby również okoliczności zniknięcia Arcyklejnotu. Bard, złodzieju!).
Azog Plugawy, Blady Ork (którego, swoją drogą, nie było nawet w książce - podobnie jak wielu innych postaci), prowadzi swoje oddziały przez tunele wykopane przez gigantyczne robaki. Zdaje się, że potwory działają na jego polecenie. Z nieznanych mi przyczyn przywódca nie wykorzystuje ich w walce przeciwko elfom, krasnoludom oraz ludziom, mimo że mógłby w ten sposób wygrać bitwę w kilka minut. Nie chciano chyba jednak bardziej udziwniać tej części i robić powtórki z Diuny. Może to nawet lepiej.
Na samym końcu bitwy oczywiście pojawiają się orły. To już trzeci raz, kiedy w ekranizacji tolkienowskich dzieł orły ratują bohaterów z opresji dopiero, gdy ci już w większości wyzionęli ducha, zamiast pomóc na samym początku. Pierwszy raz, rzecz jasna, w Powrocie Króla, drugi raz w Niezwykłej Podróży, trzeci teraz, w Bitwie Pięciu Armii. Ciekawy sposób prowadzenia bitew - najpierw piechota, dopiero potem lotnictwo, hm... Poświęcono również aż dziesięć sekund (!) czasu ekranowego olbrzymowi z drugiej części, który spektakularnie zeskakuje z grzbietu wielkiego ptaka, w locie zmieniając się w wielkiego niedźwiedzia, wprost na rzędy pikinierów (oczywiście wychodzi z tego cało), siejąc wśród nich spustoszenie. Komercja wręcz rzuca się na gałki oczne.
Ale to nie koniec listy nieśmiertelnych bohaterów. Równie dobrze z orkami radzi sobie znana nam już gromadka krasnoludów (wyłączywszy Kiliego, Thorina i Filiego) i oczywiście Gandalf, jak zwykle walczący za pomocą dwóch zaklęć - światła oraz odepchnięcia. Niestety nie zostało nagranych zbyt wiele scen obrazujących ich zmagania. Równie dobrze mogliby siedzieć przy kawie wewnątrz Góry, a widz nawet by się nie zorientował.
Podczas, gdy przerzedzona armia krasnoludów, niedobitki elfickich oddziałów oraz wciąż zwiększające się hordy orków wzajemnie wypruwają sobie flaki na przedmurzu Dali, Thorin, Kili, Fili, Dwalin, Bilbo, Tauriel i Legolas walczą na szczycie strażnicy z oddziałem Azoga Plugawego. Orkowie rzucają naszymi ulubieńcami o skały, uderzają w głowę potężnymi ciosami toporów, ale i tak prawie wszyscy wychodzą bez szwanku (no dobrze, Tauriel miała draśnięty policzek).
Jeżeli macie już dość, to uczciwie Was ostrzegę, że najbardziej irracjonalna scena filmu dopiero przed nami.
Chodzi o moment, gdy Thorin zostaje osaczony. Z pomocą przychodzi mu Legolas, który z wysokości wybija większość wrogów. Jednak gdy zostaje ostatni, elfowi nagle... KOŃCZĄ SIĘ STRZAŁY. Tak, kochani czytelnicy, nie przywidziało się Wam. Po raz pierwszy synowi Thranduila brakuje strzał. (O mało co nie spadłam z fotela w kinie. Zakrztusiłam się za to colą. Naprawdę. Do tej pory, we wszystkich częściach Władcy Pierścieni i Hobbita, Legolas zawsze miał unlimited arrows). W tym momencie odzyskałam nadzieję. Płomyczek okazał się jednak dość płonny, gdyż już po chwili, by ratować Thorina, Legolas rzuca mieczem. RZUCA. MIECZEM. Następnie kamienny most osuwa mu się spod nóg i widzimy, jak elf biegnie w trybie slow motion, skacząc po spadających fragmentach budowli nad przepaścią. Scena ta przywodzi na myśl rozgrywkę w Minecrafta. Gorzej być nie mogło.
Bilbo radzi sobie nie gorzej z nieprzyjacielem, zabijając orki w najprostszy sposób na świecie - trafiając w ich głowy kamieniami. Wrogowie padają jak muchy. Winszuję, panie Baggins. Cicha woda brzegi rwie, jak to mówią.
Przełomowa, zapierająca dech w piersiach walka Thorina z Azogiem nie wypadła wiele lepiej. Po długich zmaganiach Blady Ork przebija serce Króla Pod Górą dwuszpicowym mieczem (zdaje się nawet, że na wylot) - krasnolud jednakże o dziwo nie ginie, a nawet walczy dalej. Chwaliłam wcześniej mimikę Thorina? W tej scenie zostaje zaprezentowany cały wachlarz upośledzonych min. O ile wcześniej jego twarz wyrażała głębsze emocje, o tyle podczas pojedynku Dębowa Tarcza sprawia wrażenie zagubionego dziecka. Ostatecznie Azog wpada do wody, pod lód. Spod jego tafli przebija ostrzem stopę krasnoluda (co znów nie wywiera większego wrażenia, gdyż ten w kolejnych scenach stąpa na niej niemalże swobodnie). Thorin ciężko ranny obserwuje bitwę, lecz osłabiony upływem krwi pada na ziemię, gdzie podbiega do niego Bilbo. Dopiero wówczas widać krew wyciekającą z szyi miarowym pulsowaniem. Rozgrywa się rozczulająca scena, w której Król wypowiada ostatnie słowa o przyjaźni i domu, po czym (wreszcie) umiera.
Scena śmierci Kiliego, nie powiem, zawiodła mnie, gdyż została przedstawiona bardzo szybko i w urywkach. Odstąpiono od miłosnych wyznań; pojawia się tylko fragment, w którym zrozpaczona Tauriel całuje zimne usta zabitego i mówi nagle pojawiającemu się Thranduilowi o swej miłości. Scena wyszła tak sztucznie i blado, że mimo iż Kili był moją ukochaną postacią, ani jedna łza nie zakręciła mi się w oku. Wyszłam z kina zdegustowana.
Pod koniec pojawia się jeszcze wzmianka o Aragornie w rozmowie Legolasa z ojcem, a także scena z Drużyny Pierścienia (moment, gdy do domu Bilba puka Gandalf, a hobbit chowa pierścień Saurona do kieszeni - jako krótkie przypomnienie, że to właśnie tutaj zaczyna się właściwa opowieść).
Film ma jednak kilka plusów. Przede wszystkim akcja jest bardzo dynamiczna, a w momentach, gdy zwalnia, pojawia się napięcie i niepokój charakterystyczny dla ciszy przed burzą; to zapewnia różnorodność wrażeń, a także odczuć. Jak zawsze dopasowano przepiękne scenerie, zadbano o detale, rekwizyty, stroje, światłocień. Wszystkie te elementy tworzą bardzo magiczną aurę, a to z kolei dobrze wpływa na klimat. Mimo wielu potknięć oraz niezgodności z książką fabuła wciąż jest wciągająca. Pada wiele mocnych słów, które wprawiają serce w drżenie, jak chociażby wypowiedziane przez Kiliego: "I will not hide while others fight our battles for us!" (możecie zobaczyć na trailerze zamieszczonym poniżej). Filmowcy postarali się o wiele naprawdę pięknych kadrów, a także klimatyczną muzykę. Tego nie można Bitwie Pięciu Armii zarzucić.
Niemniej druga część podobała mi się o wiele bardziej, a tę uważam, niestety, za najgorszą. Rachunek plusów do minusów jest bardzo nieproporcjonalny, gdy wady uporczywie wysuwają się na pierwszy plan, zalety zaś na ostatni. Mimo to polecam dokończyć tę filmową trylogię, bo pozostawienie epickiej historii bez zakończenia to niemalże grzech.
5/10

7 komentarzy:

  1. No co ty, nie lubisz trzynastu krasnoludów, które zmieniają diametralnie przebieg bitwy? Przecież it seems legit.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ lubię, uwielbiam, kocham.
      Ale nie lubię filmowców Hobbita :I

      Usuń
  2. Imię Bilbo się odmienia.

    To będzie długi komentarz i ostrzegam, że mam do tego filmu stosunek bardzo emocjonalny. Konkretniej: wciąż jestem wściekła i rozczarowana, uważam go za jedną z najgorszych rzeczy, jakie widziałam w ostatnim czasie, i nie mogę przeboleć, że Pidżej postanowił zastąpić świetną fabułę jednej z moich ulubionych książek scenami bezsensownej sieczki.

    "Trójkącik miłosny nie rozwija się w tej części za mocno, co uważam za zdecydowany plus, gdyż w Pustkowiu Smauga widz został zbombardowany miłosnymi wstawkami pomiędzy Kilim a Tauriel, a także zazdrosnymi uwagami Legolasa. Tego oszczędzono w Bitwie Pięciu Armii, aby nie tworzyć kolejnego melodramatu."
    Jak to oszczędzono? A zamiana śmierci Kiliego, który zginął za Tauriel zamiast za Thorina? A scena ich rozstania w Mieście na Jeziorze? A strzelanie najbardziej kiczowatymi i tandetnymi tekstami o miłości w wykonaniu Tauriel? A WSZYSTKIE sceny zawierające naraz Tauriel i Legolasa? Dorobiony przez Pidżeja trójkąt był mi przez cały czas filmu usilnie wpychany do gardła i znienawidziłabym ten wątek nawet gdybym początkowo była do niego nastawiona obojętnie (a nie byłam).

    Serio kogoś bawiła postać Alfrida? Znaczy, serio pytam, bo dla mnie ten komizm był tak strasznie na siłę i cała ta postać była takim zapychaczem, że aż mi się nóż w kieszeni otwierał. We Władcy Pidżej był w stanie naprawdę sprawnie i subtelnie rozładowywać napięcie (nie mówię tu o cudactwach z EE, ale np. rozmowa z Gandalfem o Valinorze w Powrocie Króla), natomiast tutaj miałam wrażenie, że po prostu nie miał co robić z czasem antenowym.

    "Azog Plugawy, Blady Ork (którego, swoją drogą, nie było nawet w książce - podobnie jak wielu innych postaci), prowadzi swoje oddziały przez tunele wykopane przez gigantyczne robaki. Zdaje się, że potwory działają na jego polecenie. Z nieznanych mi przyczyn przywódca nie wykorzystuje ich w walce przeciwko elfom, krasnoludom oraz ludziom, mimo że mógłby w ten sposób wygrać bitwę w kilka minut. Nie chciano chyba jednak bardziej udziwniać tej części i robić powtórki z Diuny. Może to nawet lepiej."
    Czerwie z Diuny akurat są kanoniczne. Here: http://tolkiengateway.net/wiki/Were-worms Nie było to powiedziane, ale podczas oglądania odniosłam wrażenie, że were-wormy są właśnie, no, dzikie i Azog jakimś cudem nakłonił je do drążenia tuneli, ale nie kontrolował ich sensu stricte, więc nie mógł ich użyć do walki. No, to co prawda dopowiedzenia, ale serio, ten film jest tak zły, że nie trzeba wcale szukać bardziej naciąganych rzeczy do wytknięcia.

    "Na samym końcu bitwy oczywiście pojawiają się orły. To już trzeci raz, kiedy w ekranizacji tolkienowskich dzieł orły ratują bohaterów z opresji dopiero, gdy ci już w większości wyzionęli ducha, zamiast pomóc na samym początku. Pierwszy raz, rzecz jasna, w Powrocie Króla, drugi raz w Niezwykłej Podróży, trzeci teraz, w Bitwie Pięciu Armii. Ciekawy sposób prowadzenia bitew - najpierw piechota, dopiero potem lotnictwo, hm..."
    No tak, bo to była przecież jedna, doskonale dogadana armia, a nie dwie, które przed chwilą próbowały się nawzajem wymordować i trzecia (orły), która nawet nie wiedziała, co się dzieje, ale wpadła z głupia frant, bo zaniepokoiły ją podejrzane ruchy orłów.
    (Poza tym o ile pamiętam, w Powrocie Króla i pierwszym Hobbicie orły przyleciały dokładnie na czas i nikt nie poginął).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Scena śmierci Kiliego, nie powiem, zawiodła mnie, gdyż została przedstawiona bardzo szybko i w urywkach. Odstąpiono od miłosnych wyznań; pojawia się tylko fragment, w którym zrozpaczona Tauriel całuje zimne usta zabitego i mówi nagle pojawiającemu się Thranduilowi o swej miłości. Scena wyszła tak sztucznie i blado, że mimo iż Kili był moją ukochaną postacią, ani jedna łza nie zakręciła mi się w oku. Wyszłam z kina zdegustowana."
      Mnie głównie wpieniło w tej scenie to, jak już wspominałam, że zamiast miażdżącego mnie emocjonalnie zakończenia książkowego, w którym bracia giną, broniąc Thorina, Kili oczywiście pada podczas ratowania laski, którą znał od tygodnia (a która w dodatku powinna być w stanie doskonale się bronić sama). No i zła jestem, że oni wszyscy musieli poginąć w jakichś badziewnych, tandetnych pojedynkach, a nie, jak w oryginale, po prostu w bitwie i od nadmiaru ran, co imo miałoby o wiele większą siłę rażenia.

      "Mimo to polecam dokończyć tę filmową trylogię, bo pozostawienie epickiej historii bez zakończenia to niemalże grzech."
      Pomijając fakt, że sami scenarzyści zostawili ją bez zakończenia, nie zająkując się nawet, co z pogrzebem Thorina, Dainem, Bardem, Thranduilem, Dale, Arcyklejnotem, Orkristem... No bo przecież nie starczyło na to miejsca, a jakieś sceny trzeba było wyciąć, żeby wsadzić zapychacze z Alfridem.

      Ogółem to zgadzam się, że filmowy Hobbit nie dosięga Władcy nawet do pięt, ale na ten film nastawiałam się od cholernych trzech lat i już sobie wyobrażałam, jak się załamię emocjonalnie, kiedy zobaczę na ekranie śmierć Thorina, Filiego i Kiliego (a już szczególnie nakręciłam się po bardzo dobrej pierwszej części). Tymczasem wyszłam z kina bardzo zła i rozczarowana i z poczuciem całkowitej

      Usuń
    2. Właśnie nie byłam pewna, czy to imię podlega odmianie. Kompletnie już tego nie pamiętałam. Hobbita czytałam, gdy dali go nam jako lekturę w piątej klasie podstawówki (na wiele lat zniknął, zostały tylko fragmenty, całe szczęście moja siostra w tym roku będzie go jednak miała). Czyli w sumie dość dawno temu. A w angielskiej wersji imiona pozostają nieodmienne, stąd pomyłka.

      Ja aż tak emocjonalnie z Hobbitem związana nie byłam, więc podeszłam raczej do filmu z zupełnie innym nastawieniem. Oczywiście liczyłam się z tym, że fabuła będzie mocno różniła się od książkowej, ale aż tak strasznie mnie to nie ubodło, mówiąc szczerze.

      Owszem, w trzeciej części trójkącik nie został tak rozbudowany jak w drugiej, gdzie właściwie można odnieść wrażenie, iż Tauriel z Kilim oraz Legolasem grają pierwsze skrzypce. Ilość romantycznych tekstów również mocno spadła, nawet jeśli nadal się one pojawiają. Być może odnosisz takie wrażenie, gdyż bardzo Ci postać elfki podpadła.

      Owszem, mnie postać Alfrida bawiła. Pamiętaj, że Tolkien cechował się tym, iż raz pisał bardzo poważnie, a raz, jakby kierował Władcę Pierścieni do dzieci. Nie ma równomierności w jego stylu i temu nie da się zaprzeczyć. Można nawet powiedziec, iż nieważne, jak świetnie napisana została trylogia LOTRa, bo miejscami - niektóre fragmenty - są przedstawione w iście infantylny sposób. Nie zrozum mnie źle, ja uwielbiam Tolkiena, ale żaden pisarz nie jest idealny. Hobbit za to przy Władcy (mowa o książkach) to jak piaskownica przy pustyni. Może reżyser wziął to sobie do serca i specjalnie ukierunkował film pod dzieciarnię. A ja mimo wszystko mam w sobie sporo z dziecka i tak jak bawiła mnie postać Olafa w Krainie Lodu, tak bawił mnie Alfrid w Hobbicie.

      Ja się nie czepiam dodatkowo. Zwracam jedynie uwagę na fakt, iż do filmu została wtłoczona masa scen-zapychaczy (tak jak te 10 sekund dla olbrzyma). Napomknięcie o niewykorzystaniu robali w bitwie było formą udowodnienia, iż zostały one wepchnięte wyłącznie dla efektu, a nie z konkretnego powodu, bo - szczerze mówiąc - jakoś nie przekonuje mnie fakt, jakoby armia orków, która dostała się z Gundabadu pod Górę w zatrważającym tempie, potrzebowała jakiegokolwiek skrótu. Efekciarstwo. I tyle.

      Widzisz, jeżeli chodzi o orły, to ja również naśmiewam się nieco z samego Tolkiena, choć daleko temu do złośliwości. Osobiście bawi mnie po prostu fakt, iż autor wykorzystuje dosyć często te same motywy, które normalnie nie miałyby pełnej racji bytu, a mówiąc inaczej - sensu. Pod względem militarnym i taktycznym chociażby. W filmie pojawia się ta nieścisłość, że orkowie w formie wielkiej armii przybywają o wiele szybciej niż ptaki, które de facto latają. Na to zwracałam uwagę, a akurat kwestią tego czy pojawiły się, gdy wszyscy już pomarli, czy nie, jakoś nie specjalnie się przejęłam.

      Owszem, mnie również wytrąciło z równowagi męczeństwo Kiliego przekierowane na Tauriel. Oraz to, że Thorin zginął na jakiejś pieprzonej lodowej iglicy (co to w ogóle było? Kompletnie, za przeproszeniem, z dupy! Film by się tak nie skończył, gdyby scenarzysta nie wprowadził tej idiotycznej postaci Azoga. Ok, ja rozumiem, że mogli inspirować się tym, iż w książce napomknięto o nim parę razy, ale bez przesady! Azog zginął zupełnie gdzie indziej, a kompania Thorina nawet nie miała z nim styczności w czasie wyprawy do Ereboru). Pardon za przekleństwo.

      Myślę, że filmowcy specjalnie nie wprowadzili dramatycznych scen śmierci Thorina, Filiego i Kiliego, żeby potem nikt nie mówił, iż wyszedł im melodramat. Osiągnęli jednak efekt zupełnie odwrotny, cóż.

      Usuń
    3. "Owszem, w trzeciej części trójkącik nie został tak rozbudowany jak w drugiej, gdzie właściwie można odnieść wrażenie, iż Tauriel z Kilim oraz Legolasem grają pierwsze skrzypce. Ilość romantycznych tekstów również mocno spadła, nawet jeśli nadal się one pojawiają. Być może odnosisz takie wrażenie, gdyż bardzo Ci postać elfki podpadła."
      Żeby było ciekawiej, sama postać Tauriel mi NIE podpadła i chociaż nastawiałam się przed drugim filmem na dziki hejt, to musiałam jednak stwierdzić, że jako postać nie jest ona źle zaprojektowana. Natomiast podpadła mi cała fabuła z nią związana. Drugi film już zdążyłam wyprzeć i pamiętam tylko to kretyńskie zagranie z athelasem, ale w trzecim przede wszystkim mam problem z faktem, że przez ten wątek wpadło mnóstwo niepotrzebnych scen (czy sceny potrzebne zostały przerobione). Co do przerabianych, to oczywiście śmierć Kiliego, ale z dodatkowych chociażby wspominane w recenzji teleportowanie się Legolasa i Tauriel do Gundabadu, które zaistniało ewidentnie tylko po to, żeby porozbudowywać trochę ten róg trójkąta.

      Ad. Alfrida - ja ogółem całkowicie nie rozumiem tego, co robi Pidżej. Pełna zgoda, że książka była przeznaczona do dzieci. Ale Pidżej już od pierwszej części celowo robił ją bardziej dorosłą i poważną, żeby pasowała klimatu Władcy. Gdyby rzeczywiście zamierzał kręcić film nastawiony pod młodszą widownię, to co mu szkodziło, nie wiem, wiernie zekranizować książkę, która w oryginale była nastawiona pod młodszego czytelnika?
      Znaczy, ok, nie mam nic do faktu, że postać Alfrida mogła się komuś podobać. Tylko dla mnie ten bohater jest dowodem na to, że PJ kompletnie nie miał pojęcia, co robi w tym filmie - niby trylogia miała być bardziej dla dorosłych, ale dorzućmy autorskie postacie komiczne (Radagast też mi się bardzo nie podobał), niby nie ma czasu na porządne zakończenie wątków, ale jest czas na wrzucanie zapychaczy.

      Ad. were-wormów - ja to kupuję głównie dlatego, że to był jeden z nielicznych momentów, w których PJ pamiętał, że przed Sarumanem orkowie i trolle nie zasuwali sobie radośnie w świetle dziennym, tylko podziemnymi tunelami. Nie wiem, czy pamiętasz (pewnie nie, bo to był taki szczegół, który po prostu mi się spodobał) - w książce było napomknięte, że orkowa armia mogła tak szybko maszerować, bo nad nimi leciała chmara nietoperzy, która rzucała na ziemię cień. Tutaj nietoperze przybyły później, ale przynajmniej PJ przez moment trzymał się tego, że orkowie podróżują pod ziemią. (Co oczywiście nie przeszkadzało mu w innej scenie pokazać ich radośnie paradujących w świetle dnia).

      "Myślę, że filmowcy specjalnie nie wprowadzili dramatycznych scen śmierci Thorina, Filiego i Kiliego, żeby potem nikt nie mówił, iż wyszedł im melodramat."
      A mi się wydaje, że oni właśnie CHCIELI być dramatyczni i dlatego stwierdzili, że przecież bohaterowie nie mogą zginąć od ran w bitwie, tylko koniecznie muszą w "epickim" pojedynku, bo przecież wszędzie się tak robi. No i wyszło co wyszło.

      Usuń
  3. Ja tu się dorzucę do minusów, bo filmowcy widocznie jeszcze strategi nie studiowali i tego, jak armia się rusza. Dwa przykłady. Krasnoludy stają i tworzą mur, a elfy wypadają zza nich do walki wręcz zamiast strzelać z tą swoją słynną precyzją. Żaden dowódca nie wyśle piechoty naprzód jeśli może najpierw oddać kilka salw w stronę nadciągającego wroga, a z tego co było widać na ekranie to orki poza trollami z katapultami nie miały żadnych jednostek z atakiem dystansowym. Drugi absurd armii, to gdy zostaje zaatakowana Dali. Pomiędzy Ereborem, a miastem są ustawione armie i gdy orkowie świetnie wykorzystały okazję do ataku na bezbronne miasto, to niby jakim cudem Bard i ludzie przeszli obok tego kotła orko-krasnoludzko-elfiego bez draśnięcia? Nie było tam aż tyle miejsca na oflankowanie i do tego ludzie to zbieranina rozbitków z miasta i do tego pędzących na piechotę. Wystarczyło, że jak przebiegali obok wrogów, to ci podeślą jeden oddział na ich flankę i ludzi nie ma.
    Ponadto ubolewam nad smokiem. W Pustkowiach był na końcu pokazany wręcz wyśmienicie i szczerze powiedziawszy szedłem na ten film głównie by jeszcze raz zobaczyć Smauga i usłyszeć aktora, który podkłada pod niego głos. I o ile sam aktor wypadł dobrze (poza momentem śmierci), to samo przedstawienie smoka już pozostawia trochę do życzenia. Wspaniały z końcówki drugiej części został całkowicie zdruzgotany na początku trzeciej i trochę odebrało mi to ochoty na dokładniejsze oglądanie kolejnych perypetii Bilba & Co. Do tego jak usłyszałem "Eagles are coming." to chciałem wyjść z kina z powodu jej sztuczności. Pal licho Azoga i jego walkę z Thorinem, pal licho śmierć Kiliego, nawet pal licho całą bitwę, ale te dwa momenty zrujnowały mi film dokumentnie ;_;

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.