11 listopada 2014

Recenzja: Rycerz Kielichów (Heroina)

Opowieść o Lanne Lloch l’Annah nie ma początku ani końca. Nie spotyka się w niej niespodziewanych zwrotów akcji, które rzucałyby na kolana. Nie znajdziesz w niej, drogi czytelniku, wyciskających łzy z oczu dramatycznych scen, bo choć okrucieństwo ściera się z dobrocią, miłość z nienawiścią, piękno ze szkaradztwem, to nadal pozostanie jedynie opowieścią o rycerzu w lśniącej zbroi, obrońcy uciśnionych, wykwintnym kochanku, o człowieku z przepowiedni niosącym swoje brzemię. Pozostanie opowieścią z lat dziecięcych, bajką na dobranoc wspominaną z uśmiechem i sentymentem, która – choć nierozerwalnie związana z naszymi latami niewinności – szybko odpłynie w niepamięć. Taka właśnie jest historia Rycerza Kielichów.
Książka nie jest nadzwyczajnie ambitna, jeśli chodzi o przedstawienie świata czy sam pomysł, który został ujęty raczej w ramy prostoty. Jednakże właśnie ta prostota przyciąga uwagę; opowieść przynosi wytchnienie mimo niekiedy drastycznych wydarzeń. Śledzenie akcji stanowi czystą przyjemność, historia została spisana lekko i z niejaką finezją. Razem z głównym bohaterem przeżywamy swą nie zawsze bezgrzeszną egzystencję, nie męcząc się przy tym, a jedynie wpadając w zadumę czy nawet drobne zasmucenie. W Rycerzu Kielichów zwycięstwo rzeczywiście smuci, gdyż dostrzegamy jego ciemne strony. Nic nie jest czarne lub białe, wszystko ma swoje szarości; wielcy szlachetni bohaterowie w chwili bezradności okazują się mordercami, a najwięksi tyrani liczą na zbawienie w postaci śmierci. Najgorsze jednak zdają się momenty, gdy niewinne życie zostaje zakończone przez równie niewinnego i zagubionego oprawcę. Zbrodnia z bólem serca, zbrodnia z przymusu – tego w książce tak lekkiej w lekturze nie można było się spodziewać, a jednak tworzy to ciekawe oraz całkiem zgrabne połączenie.
O świecie wiemy stosunkowo niewiele. Autor skupił się głównie na relacjach między bohaterami, a także na bardzo istotnych dla fabuły problemach politycznych, jednak sama struktura drugiego świata została potraktowana po macoszemu. Wydaje się to celowym zabiegiem - odtrącanie niepotrzebnego bełkotu. Wielu polskich autorów zwyczajnie nie lubi bawić się w Tolkiena. Książka traktuje o znudzonym życiem informatyku, który za sprawą tajemniczej nieznajomej zaczyna śnić o tym, że jest rycerzem, którego imię w obcym świecie znają wszyscy. Jedni wypowiadają je z odrazą, inni z miłością, a brzmi ono Lanne Lloch l’Annah. Wkrótce mężczyzna zaczyna rozumieć, iż świat, do którego przenosi się jedynie w snach, istnieje naprawdę, a losy Rycerza Kielichów zależą wyłącznie od niego samego. Ponadto jego własne przeznaczenie pcha go do wojny z tyranem. Świat ten poznajemy oczami człowieka rzuconego nagle w wir wydarzeń, nic więc dziwnego, iż rozumiemy nie więcej niż on sam. Tym sposobem stworzona została aura tajemniczości.
Powieść jest dość patetyczna. Nadmierna podniosłość – szczególnie w postawie oraz zachowaniach głównego bohatera - niekiedy bawi, niekiedy irytuje, nie tylko czytelników, lecz również postaci poboczne. To jednak, jak już wspominałam wcześniej, zakrawa o naturę baśni, co wydaje mi się atrakcyjne. Rycerza Kielichów można określić jako bajkę w rozbudowanej wersji. Filozoficzne przemyślenia Lanne skłaniają ku refleksjom i właściwie każde z nich jest samo w sobie pewnym morałem.
Opowieść wydaje się niedokończona. Pozostawia wrażenie, iż czytelnik powinien spodziewać się dalszego ciągu, ten jednakże nie następuje. Nieco wyrwana z kontekstu, powiedziałabym, jest historia Rycerza. Toczy się niezależnie od przestrzeni i czasu, zaczyna nagle i z równą gwałtownością się kończy.
Magiczna aura świata oraz zamieszkujących go istnień – nieco „nawiedzonych” ludzi, smoków, przerażających istot rodem z piekieł – wprowadza w inny wymiar. Lektura powieści Jacka Piekary była interesującym przeżyciem; powrotem do dawnego, mocno wydumanego fantasy, pięknej literatury fantastycznej, gdzie dosłownie wszystko jest możliwe.
7/10

6 komentarzy:

  1. Czytałam , czytałam i po parunastu pierwszych stronach doszłam do wniosku, że autor jest niewyżyty seksualnie. Bo nie zaznaczyłaś, że większość tej powieści toczy się wokół spraw łóżkowych i nie chodzi tu o spanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że ten fakt mógł Cię oburzyć, nie każdy toleruje erotykę w powieściach. W "Pieśni Lodu i Ognia" ("Gra o Tron") również znajduje się masa scen erotycznych, a mimo to cykl nadal jest wciągający. Jednym to przeszkadza, innym nie. Mnie wspomniana erotyka jest kompletnie obojętna i nie przeszkadza w śledzeniu fabuły. Zaś recenzja jest subiektywną formą literacką.

      Usuń
    2. Przeczytałam całość, nigdy nie odpuszczam. I nie, nie oburza mnie erotyka w powieściach, dodaje smaczku. Zresztą nie jest tak bardzo nachalna jak np. w "Pocałunku ciemności" Hamilton. Jest jednak ważnym skadnikiem tej powieści Piekary.

      Usuń
    3. Niestety nie czytałam "Pocałunku ciemności", więc brak mi porównania. Generalnie Piekara ma to do siebie, że praktycznie w każdej jego powieści muszą znaleźć się sceny seksualne do pary ze scenami niekiedy skrajnej brutalności. Taki typ. Co kto lubi.

      Usuń
    4. Tą to się jeszcze da przeczytać w miarę szybko i przyjemnie, teraz męczę "Szubienicznika" i te wszystkie wtręty łacinskie trochę mnie denerwują. Dobrze przynajmniej, że tłumaczenie jest na kazdej stronie, bo podobno w innym wydaniu jest na końcu.

      Usuń
    5. Nie czytałam również i przyznam szczerze, że nawet nie planowałam. Głównie z powodu, iż szczerze nie znoszę siedemnastowiecznej historii polskiej. Jeśli chodzi o wstawki z innych języków, archaizmy etc., pamiętam, że nie byłam w stanie dobrnąć nawet do połowy "Herezjarchy" Jacka Komudy. Stylizacja językowa mnie zabiła.

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.