29 września 2014

Recenzja: Smocze zęby



Książkę kupiłam dawno, zwabiona opisem na okładce. Obiecywano nam tam niesamowitą przygodę z prawdziwym humorem, różnorodność zapowiadanych postaci także przyciągała uwagę, sprawiała, że ciekawość rosła. Cóż, ze smutkiem muszę przyznać, że opis to jedyne, co książka – ostatecznie – miała do zaoferowania.
Nie jestem pewna, od czego powinnam zacząć. Wszystko jest w niej… nijakie. Miałkie. Bez polotu. Postaci? Bez życia. Opisy? Nudne. Rozwiązanie fabuły oraz wątków? Głupie. Humor? Odrażający. Było to ponad pięćset stron nudy. Książka napisana poprawnie, dokładnie (może ciut za dokładnie? Zajmuję się historią sztuki, więc niektóre opisy mnie nie bolały, ale innych czytelników mogły nieźle sfrustrować), ale to wszystko.
Fabuła. Zacznijmy od niej. Pomysł, połączenie historii z fantasy – ciekawe. Wykonanie? Kiepskie. Przede wszystkim połączenie polegało na konflikcie chrześcijaństwa z Abominacją, wprowadzeniem magicznych stworzeń oraz czarów. Historii w tej powieści było tyle, ile bohaterowie nudno perorowali w dialogach. Zgłębiali politykę Konstantynopola, historie powstania pomniejszych mieścin, szczegóły z tamtych czasów, które nijak nie miały wpływu na samą akcję oraz fabułę. Rzucali informacjami jak karabiny maszynowe, a potem inne postaci nawet się do tego nie odnosiły. Ot, przymusowa błyskawiczna edukacja na tematy, które nas nie interesują, kiedy czytamy tego typu książkę. Oczywiście, mamy tych złych. Ale znikają w ostatnim rozdziale. Nawet nie wiemy, czy się magicznie nawrócili na dobrą stronę, czy tak o, po prostu, się znudzili. Same poszukiwania artefaktu kończą się w tak denny sposób, że aż uniosłam uprzejmie zdumiona brew. Naprawdę? Naprawdę całe to pięćset stron po nic? Wyprawa niczego nie zmieniła! Cel, który został postaciom wyznaczony, został im na samiuśkim końcu odebrany!
Postaci. Żadnej nie polubiłam. No, może poza Guido, młodym rycerzem, który jako jedyny zyskał moją sympatię. Było ich mnóstwo, żadna nie została dokładnie zarysowana, w dodatku ten rys polegał wyłącznie na stereotypach. Zabawa stereotypami nie jest prosta – albo wyjdzie zabawnie, albo niesmacznie. Niestety, wyszło niesmacznie. Mamy maga zrzędę, szlachetnych rycerzy pełnych mądrości oraz jednego rycerza, który przeszedł na złą stronę mocy, więc wszystko morduje, maga oddanego złej religii, ale co się z nim stało, Bóg raczy wiedzieć, krasnolud, który by tylko dupczył, ork głupi jak but (który czasami ewoluował w półorka), giermek, którego wątku zupełnie nie rozumiem, jest dla mnie kretyński i niczego nie wnosi do fabuły, głupiutka elfka, która myśli przede wszystkim o fatałaszkach i wszyscy mężczyźni chcą ją zaliczyć. Jeden jedyny Guido przejawiał elementy charakteru. Źli bohaterowie zostali pominięci na sam koniec, bo zaczęli przeszkadzać w fabule. Kiedy postaci ginęły, nie czułam niczego. Wzruszałam ramionami – bo i tak to było napisane, ze wzruszeniem ramion. Zginął? Mózg mu wypłynął, kompani go odkopnęli na bok, bo przeszkadzał. Aha.
Wątki nierozwiązane albo rozwiązane kretyńsko. Błękitna Dama to jedna z większych zagadek logicznych jak dla mnie. Podobnie jak wątek giermka. Ten, kto wytłumaczy mi ostatni występ Svena, głównego złego, dostanie ciastko. Nie mam pojęcia, co się tam stało, po co i dlaczego.
Opisy. Suche, suche, suche, boleśnie dokładne, ale też boleśnie nudne. Szczegółów mnóstwo, aż do frustracji, ale żadnych emocji. Wymienianie. Wymienianie i to wszystko. Jest tak dużo postaci, że żadna się do tego nie ustosunkuje, tak zresztą prowadzona jest narracja. Podano nam fakty, ale przez to, że to tylko suche fakty, niczego nie czujemy podczas czytania. Jak przy śmierci postaci – sam autor wydaje się o to nie dbać, więc jak my możemy się poczuć smutnymi?
Humor leży i kwiczy. Jest obleśny, prymitywny, też nudny. Żarty są rozciągnięte do niewyobrażalnych długości, na kilka stron, przez co coś, co mogło być chwytliwe, robi się ciut żałosne. Zresztą żarty, które dotyczą tylko seksu… ludzie, kto to napisał? Naprawdę humor ogranicza się tylko do żartów o seksie w różnych pozycjach? Od czasu do czasu odnośnie potrzeb fizjologicznych albo chrześcijaństwa. No świetnie. Boki zrywać.
Czy coś mogę jeszcze dodać? Książka mierna. Poprawna, ale mierna, bez pazura, bez tego… czegoś. Wynudziłam się potwornie podczas czytania – miałam nadzieję, że coś mnie wreszcie zaskoczy, ale nie. Nic. Koniec był tak… pusty, głupi, bezsensowny, że… nie wiem. Już dawno mnie tak nie zatkało. Tyle stron narracji, żeby odkryć, że to wszystko było na nic! Naprawdę, to… zabrakło mi słów.
Zawiodłam się. Naprawdę. Tyle obietnic, żadne się nie spełniły. Trudno. Mam nadzieję, że następnym razem trafię na coś dobrego.
4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.