27 sierpnia 2014

Recenzja: Taniec nad przepaścią



Książkę „Taniec nad przepaścią” dostałam w swe ręce tak dawno temu, że nawet nie pamiętam, w jakich okolicznościach ją zdobyłam. Pamiętam jednak, że za pierwszym razem nie zdołałam przez nią przebrnąć – nie jestem pewna, z jakiego dokładnie powodu, ale potrafiłabym aktualnie wskazać jeden czy dwa, które wydają się prawdopodobne. Swoją drogą to dość stara pozycja – jeśli chodzi o odstęp czasowy wydawania – a drugiej części nadal się nie doczekaliśmy.
Powieść opowiada historię dziewczyny imieniem Ewelina, która, wychowywana na krańcu świata na zapomnianym przez ląd archipelagu, rodzi się z niezwykłą mocą napiętnowaną przez przepowiednię. Jej zwykłe, ale przepełnione nienawiścią bliźnich życie dobiega końca, gdy staje na skraju śmierci po uratowaniu niewdzięcznych wyspiarzy. Na wezwanie o pomoc odpowiada tajemniczy mag podający się za jej rodzinę – ratuje Ewelinę, po czym zabiera ze sobą, zmuszając do porzucenia spokojnego Lazura. Rozpoczyna się okrutna, pełna kłamstw podróż dziewczyny do dorosłości.
Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia. Po pierwsze – książka nie jest zła. Po drugie – chętnie przeczytałabym kontynuację. Po trzecie – są postaci, które intrygują. Po czwarte – lekko się czytało, pochłonęłam ją w trzy dni na wyjeździe. Po piąte – istnieją zgrzyty. I to takie, co to nie umiem ich do końca wyjaśnić, sklasyfikować.
Styl autorki jest przyjemny. Lekki, jak już wspomniałam, strony prawie same się przewracają, brnie się przez narrację i nie czuje się jej ciężaru. Momentami opisy są malownicze – zwłaszcza te przyrody – kiedy indziej bardziej monotonne, kiedy streszczony zostaje dłuższy etap życia bohaterki. W pięciuset kilku stronach zmieszczono spory fragment jej egzystencji – od chwil sprzed jej poczęcia aż po dorosłość, ukończenie specjalnej Akademii. Niekiedy lata zostawały opisane w dwóch albo trzech akapitach, aby dało się przejść do istotnych wydarzeń. Czy to sprytny zabieg? Trudno orzec, ale na pewno nie zgrzytał w zębach.
Skoro już przy opisach jesteśmy, z pełnym zdumieniem stwierdzam, że niczego nie wiem o tamtejszym świecie. To chyba jeden z największych mankamentów – opisy są, ale nie tego, czego byśmy chcieli. W ciągu powieści odwiedzamy jedno miasto (stolicę!), ale nawet nie dowiadujemy się, jak ona wygląda, bo bohaterka nie mogła jej pozwiedzać. Z jednej strony mamy szansę wyobrazić sobie przestrzenie, jednak dzięki słowom-kluczom. Przyroda nie cierpi na tak macosze traktowanie. A wreszcie – poza prawami rządzącymi sprawami Bogów, o samym Imperium nie mamy nawet zielonego pojęcia. Wygląda to na dość cywilizowane miejsce, by potem przekonać się, że ciemnota właściwie średniowieczna, gdzie w wioskach regularnie chłopy chodzą grupami, żeby sobie gwałcić co ładniejsze kobiety, a żony poklepują ich za to po plecach. Muszę przyznać, że pod tym względem byłam mocno skołowana – to w jakich dokładnie realiach żyjemy? Jaka jest mentalność tych ludzi, skąd aż taka różnica między miastami oraz wioskami, skoro miasta prezentują się cokolwiek… mało barbarzyńsko? Jaka była przeszłość tego świata, Imperium, cóż to za mityczni wrogowie władzy, o których czasami się rzuca, ale niewiele mówi? A Zakazane Wyspy, które przemknęły przez narrację może trzykrotnie, a tak naprawdę są niezwykle ważne, wnioskując z tego, jak kończy się powieść?
Oto i pierwszy zgrzyt. Nie przeszkadzało to w przyjemnym czytaniu, ale gdy się zaczyna człowiek zastanawiać, ogarnia go niedosyt i lekka irytacja.
Wreszcie przechodzimy do tematu, który nękał mnie najbardziej. Bohaterowie. Otóż wiele postaci jest dość konsekwentnie, ciekawie skonstruowanych. Zdecydowanie na pochwałę zasługuje Damian, Imperator, którego przewrotność, przebiegłość oraz podłość sprawiały, że książka była warta poświęcenia jej tych kilku godzin. Muszę przyznać, że to chyba moja ulubiona postać z tej całej, cokolwiek niewielkiej, zgrai. Zaraz potem plasuje się Ronnie, stryj głównej bohaterki – aczkolwiek spotykamy się z niekonsekwencją na samym początku. Ronnie, który przybył na Lazur, nie jest Ronniem z reszty powieści. I nie zostało to też w żaden sposób wyjaśnione. Później jego wszelkie tchórzostwa oraz zasłanianie się rodem są jak najbardziej usprawiedliwione postępowaniem, tak samo jak charakter. Ale Lazur? Nie wiem, co się rodziło w głowie autorki.
Tyle że największym minusem całej tej historii jest główna bohaterka – Ewelina. Nie umiem tego określić, prawdę mówiąc, bo jedynym, co nasuwa mi się pierwsze, to określenie jej nijaką. Była żadna, bo była wszystkim, a niczym. Tak bezpłciowej postaci dawno już nie spotkałam – niby miała jakieś zrywy charakteru, niby coś się działo, ale była tak sztuczna, tak nudna, że mnie nie obchodziła wcale, chociaż nawet nie irytowała. Po prostu traktowałam ją jak zło konieczne do poznania knowań Damiana, które najbardziej mnie interesowały. Musiałyśmy współpracować podczas czytania, bo nie mogłam się jej, niestety, pozbyć.
Najgorsza była na samym początku powieści, bezsprzecznie. Czytając o niej jako o wspaniałej, potężnej, wyklętej, osamotnionej dziesięciolatce, która wszystkich we wszystkim przerastała, zrodził się we mnie niepokój, a coś w środku zadrżało ze strachu. „Mary Sue!”, zakrzyknęła intuicja. Chyba z tego powodu przerwałam kiedyś lekturę, zaraz po jej spektakularnym zwycięstwie w pojedynku, którego nie powinna była wygrać. Teraz, gdy mam na koncie o wiele więcej książek – oraz kiepskich opowiadań z Internetu – nie bolało aż tak przy czytaniu. Tylko krzywiłam z irytacją usta. Na szczęście potem Ewelina zostaje z tej całej wspaniałości brutalnie odarta, pozostaje taką nijaką skorupą, która raz próbuje być porywcza, raz bezczelna, kiedy indziej złośliwa, ale to wszystko robi bez ikry. Ani mnie nie denerwowała, ani nie śmieszyła, nawet jej nie współczułam. Za to postaci poboczne czy epizodyczne były mi zdecydowanie bliższe.
Uczciwie przyznam, jak tak teraz się zastanawiam, etap Lazura był najgorszą częścią historii. Niespójny, sztuczny, z naleciałościami idealizacji głównej bohaterki, z niewyjaśnionymi wątkami (epizod z opętaniem przez Młodszą Boginię pozostaje dla mnie zagadką), a przede wszystkim – aż karykaturalna niechęć ojca do córki. Coś takiego moim zdaniem jest niemalże niemożliwe przy zestawieniu z obrazem, jaki kreślono Eldryżowi na samym początku narracji.
Zatem dochodzimy do konkluzji – cały potencjał historii zabiła urocza Ewelina. Ten brak tła da się jeszcze ścierpieć, chociaż zdecydowanie jest nieprzyjemną zadrą, która zaczyna uwierać. Zwłaszcza po skończeniu historii. Gdyby nie bezpłciowa główna bohaterka, książka byłaby naprawdę dobra. Wciągająca już jest, ale brakowało w tym ikry, której nie zapewniła nam Ewelina.
Mimo wszystko skłonna jestem to polecić. Może to tylko mnie bohaterka odrzuciła. Może ktoś inny Ewelinę pokocha – a wtedy powieść z całkiem przyzwoicie skonstruowaną intrygą wypadnie o niebo lepiej. Dlatego podtrzymuję, to dobra historia. Dla mnie ciut zmarnowana, ale zalety pozostają zaletami.
6/10

2 komentarze:

  1. Nadganiasz, Kiszko, nadganiasz! :D
    Ja jestem w trakcie pisania recenzji Rycerza Kielichów. Przed końcem miesiąca powinna się pojawić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam bardzo, ale to bardzo dawno temu książkę Malinowskiej. Zapadła mi głęboko w pamięć, ale to pewnie przez to, iż w pewien sposób byłam nią zachwycona, lecz pozostawiła po sobie niedosyt. Z niecierpliwością oczekiwałam kolejnego tomu, ale jak widać, dalej nic nie słychać o poczynaniach autorki. Szkoda, gdyż pewnie większość pytań znalazłaby swoje odpowiedzi w dalszych tomach cyklu.

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.