23 lipca 2014

Recenzja: Demon Luster

Rzut oka wystarczył, by sprowokować myśl: Jaka fantastyczna okładka! Opis też niczego sobie. Książka już po pierwszym kontakcie zbombardowała mnie typowo polskim zgorzknieniem w stylu "wszyscy mamy przesrane, wypijmy za to", co jeszcze bardziej zachęciło mnie do zakupu. Przyznam się bez bicia, iż jestem kompletnym ignorantem - pospieszyłam się nieco, dając się uwieść wspaniałej zapowiedzi, gdyż dopiero po ponad stu stronach powieści zdałam sobie sprawę, że czytam nie jednotomową opowieść, lecz jej drugą część. W dodatku napisaną przez osobę, która udzielała się w serwisie Gavran, gdzie niekiedy zaglądam. Nie przejmując się jednak zbytnio, kontynuowałam lekturę, gdyż wszelkie istotne fakty z wcześniejszego tomu mające wpływ na obecną akcję zostały wspomniane już na początku. De facto nic nie straciłam i mogłam łatwo połapać się w wydarzeniach. Demona Luster można czytać jako kompletnie odrębną powieść. Tym lepiej, punkt dla autorki.
Pomysł z lustrzanymi światami przywodzącymi na myśl "Po drugiej stronie lustra" (kontynuacja "Alicji w Krainie Czarów") zdobył moje uznanie, niestety został wręcz po mistrzowsku zaniedbany, a jego potencjał niewykorzystany w najmniejszym stopniu. Otóż mamy Idę Brzezińską, szamankę od umarlaków, Harona XXI wieku, która po złożeniu czegoś na kształt Przysięgi Wieczystej z Harrego Pottera musi przejść przez lustro do Piekieł Kusiciela (tytułowego Demona Luster - nie, wcale nie tego z okładki, jak wszyscy myśleliście), by wydobyć z nich zniewoloną duszę i przeprowadzić ją na drugą stronę rzeki, w Zaświaty. Za niedotrzymanie przysięgi Idzie grozi wieczność w niebycie - swego rodzaju próżni. Generalnie pomysł całkiem interesujący, mimo że według mnie nie pasują do niego urbanistyczne klimaty, a raczej rustykalne, ale co kto lubi. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, iż książka ma równo pół tysiąca stron, podczas gdy dostanie się do Piekieł zajmuje bohaterce okrągłe czterysta, w czasie których dzieje się dosłownie wszystko, tylko nie to, co powinno. Co chwila sprawdzałam, ile jeszcze zostało mi do końca książki, aż wreszcie sto stron przed definitywnym zakończeniem akcja ruszyła do przodu. Dramat.
Powieść jest dobrze napisana, jeśli chodzi o stylistykę. Autorka wypracowała własny styl, bardzo plastyczny oraz przyjemny w lekturze. Nieprzesadzone, acz odpowiednio szczegółowe opisy, zarówno fizycznych form, jak i przeżyć bohaterów, umilają lekturę i - mówiąc najzupełniej szczerze - w dużej mierze to one powstrzymywały mnie od ciśnięcia egzemplarzem o ścianę. Akcja toczy się we Wrocławiu, fabuła została więc okraszona polskimi realiami, choć niewiele dowiadujemy się o samym mieście.
Bohaterowie zachowują się naturalnie, ich reakcje nie są sztuczne ani naciąganie, ponadto charakterek Idy odzwierciedla niemalże idealnie usposobienie bliskiej mi osoby. Tym bardziej staje się ona wiarygodna, mimo że wielokrotnie irytowała mnie swoją postawą, by następnym razem przywołać ciepły uśmiech. Zdecydowanie jedną z lepszych postaci jest Tekla, zmarła ciotka Idy, występująca w większości sytuacji pod postacią zjawy. Towarzyszy swojej siostrzenicy na każdym kroku, służy radą, lecz częściej nie omieszka rzucać kąśliwych uwag we własnym oryginalnym stylu połączonym z pełnokrwistym regionalizmem. Jest jeszcze Pech. Przez ponad połowę opowieści szamanka uznaje go za zwykłe fatum, dopóki po niecałych czterystu stronach okazuje się, iż jest to w rzeczywistości pomniejszy demon, mający na celu uprzykrzanie życia człowiekowi przez siedem lat - wystarczy, że ten zbije lustro. Stąd też jakże trafne imię. Żeby jednak nie było zbyt pięknie, autorka musiała coś schrzanić w relacjach postaci. Na pierwszy ogień idzie sama Ida, która generalnie mało przejmuje się tym (na co wskazuje jej zachowanie), że niebyt w każdej chwili może ją pochłonąć. Nieważne, ile razy M. Raduchowska powtórzy, jak to dziewczyna drży przed ewentualnym końcem, szamanka robi swoje i uparcie udowadnia czytelnikom, iż tak naprawdę mało ją to obchodzi. Następny w kolejce do odstrzału stoi Kruchy, przyjaciel Idy, a także agent Firmy (czegoś na kształt CSI, tylko że od spraw nadprzyrodzonych) oraz jego przewidywalne relacje z Rudą - wiedźmą również pracującą dla kryminalnych. Pojawia nam się schemat zazdrosnej przyjaciółki, zirytowanego owym faktem przystojniaka i nowej fascynacji chłopaka ucieleśnionej w postaci głównej bohaterki. Mieszanka wybuchowa rodem z serialu o nastolatkach.
Do dialogów nie mogę się przyczepić - uderzająco naturalne. Bohaterowie wypowiadają się swobodnie, a niejednokrotnie używają zabawnych powiedzonek, które osobiście stosuję. Docinają sobie, zwracają uwagę, momentami padają barwne przekleństwa, lecz nie do przesady. Regionalizm pojawia się jedynie w wypowiedziach. Tam, gdzie postać rzuca "popiółką", tam w narracji znajduje się już zwyczajowa popielniczka. Żeby jednak nie było zbyt kolorowo, mam kilka uwag, które zapisywałam w notatniku komórki, by o nich nie zapomnieć:
1. Bardzo często autorka zwraca uwagę na kolor oczu, jednak tylko, jeśli chodzi o Idę bądź Kruchego. Oczy mężczyzny są zawsze (podkreślam - nigdy inaczej) "stalowe", co zalatuje ałtoreczkozą. Ba!, raz nawet jeden z pobocznych bohaterów użył tego określenia w rozmowie. Zaś ślepka dziewczyny - w momencie, gdy przypomina o sobie wspomniany niebyt - stają się "obsydianowe". To jeszcze byłabym w stanie przeżyć, gdyby choć raz zastosowano inne nazewnictwo tegoż koloru, ale gdzie tam! Obsydianowe i już. Och, zapomniałabym o Siewcy Zapomnienia. Ten to zawsze ma tęczówki koloru piasku. Widzieliście kiedyś, żeby człowiek miał takie oczy?
2. Wyrażenia typu "srebrzysta melodia" niesamowicie szkodzą opisom, a jest ich dość sporo. Czy naprawdę nie można było pokusić się chociaż o harmonijną/dźwięczną/płynną melodię? Na kij ta srebrzysta barwa?
3. Imiona co ważniejszych postaci zawsze muszą być nietuzinkowe. Nie ma żadnej Kaśki, Marty, Patryka czy Adama. Jest za to Ida, Tekla, Eugeniusz, Mirosław (żeby chociaż Mirek był, ale nie) i Feliks. Ludzie, dajcie spokój.
Z książką męczyłam się - aż wstyd się przyznać - około trzech miesięcy. Przerwałam lekturę po stu stronach może, gdy nic się nie działo, sięgając wówczas za "Miasto Śniących Książek". Później z westchnieniem wróciłam do Demona Luster. Ostatnie sto stron zawiera najciekawsze wydarzenia z całej powieści, gdyż tylko one tak naprawdę coś znaczą. Wracamy do głównego tematu, miast kluczyć z wieloma kompletnie niepotrzebnymi sytuacjami mieszczącymi się na pozostałych czterystu stronach. Moją szczególną sympatię zyskał Pech (mający duże znaczenie pod sam koniec) oraz to, jak wyobrażała go sobie Ida, nim się spotkali. "pech zbladł i zajęczał żałośnie" brzmi interesująco, gdy wyobrażamy sobie Pecha jako zwyczajne nieucieleśnione fatum.
Podsumowując, liczyłam, że książka będzie trzymała w napięciu, że akcja nie zwolni ani na moment. Niestety, przyznaję ze smutkiem, iż prawie zanudziłam się na śmierć. Opowieść przypomina raczej kryminał niż fantasy, a do Dark mu bardzo daleko. Przeważają elementy kryminalne, te fantastyczne zostały prawie że ordynarnie skopane. Pomysł ma ogromny potencjał; mroczny, nieco psychodeliczny klimat bardzo do niego pasuje. Jednak ze względu na to, iż książka jest dobrze napisana, z niejakim profesjonalizmem, spocznę przy 6/10.

8 komentarzy:

  1. Nie czytałam i nie zamierzam, okładka mnie zniechęca poza tym nie lubię części. Jakoś tak wolę książkę w jednym zakończeniu niżeli ciągnęłaby się przez 6 kolejnych tomów. Takie książki to ja pochłaniałam w parę dni licząc z HP, którego uwielbiałam, ale tak czy siak zdania nie zmieniam. Ponadto już sama recenzja mnie zniechęciła.
    Zastanawiałam się ostatnio nad dyskusją, która mogłaby tu powstać, bo takowych jest stanowczo za mało. I wtedy moja koleżanka z pracy opowiedziała mi niesamowitą historię, którą przeżyła. Wątek dotyczył poprzedniej dyskusji o horrorach, jednak myślę, że możemy w niedalekiej przyszłości poruszyć go ponownie, a mianowicie wątek z duchami i egzorcyzmami. To też w pewien sposób fantastyka a i paranormalne zjawisko. Chętnie opowiedziałabym historię Gabrysi, a i myślę, że wiele osób wypowiedziałoby się na temat egzorcyzmów i spraw paranormalnych. Zatem Heroino, co ty na to?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jakim sensie recenzja Cię zniechęciła? (Smutk, starałam się)
      Jasne, chętnie poczytam. Jeśli historia jest za długa na komentarz, wrzuć ją w maila: tenebrae@onet.pl, a z pewnością zapoznam się z nią w ciągu jednego dnia.

      Usuń
    2. Nie, że źle napisana, nic w tym stylu. Tylko książka, po przeczytaniu samej recenzji mnie zniechęca. To nie moje klimaty. A co do historii koleżanki, to muszę ubrać to w słowa, żeby opisać i zobaczę ile osiągnie zdań.

      Usuń
    3. Wysłałam Ci na mail tą historię.
      A tak poza tym to co tu taka cisza?

      Usuń
  2. Książkę czytałam, pierwszą część również. Bez wątpienia nie jest to dylogia niepozbawiona wad, jednak Twoje zarzuty są w moim odczuciu mocno na wyrost, a przynajmniej większość z nich. Może po kolei odniosę się do wypunktowanych minusów powieści, bo myślę, że warto przedstawić inny punkt widzenia:

    Ad. 1

    Kolor oczu Idy – oprócz obsydianowych, pojawiają się między innymi takie określenia jak onyksowe, czarne, bardzo ciemne, albo smoliste. (mam książkę w ebooku, więc łatwo mi było je znaleźć ;) )

    Oczy koloru piasku są jak na mój gust po prostu żółtawe, choć określenie może w odniesieniu tęczówek brzmieć dziwnie. Mnie nie przeszkadza.

    Dla stalowych oczu Kruchego nie mam usprawiedliwienia, choć osobiście nic mi nie zgrzyta w takich powtórzonych przymiotnikach. U Sapkowskiego na ten przykład podobnych powtórzeń jest całe mnóstwo, co kto lubi. Ja nawet lubię, ale wiadomo, gusta są różne.


    Ad. 2. Za słownikiem języka polskiego: określenie "srebrzysty" w znaczeniu drugim oznacza "metaliczny, dźwięczny".

    http://sjp.pwn.pl/szukaj/srebrzysty


    Ad. 3.

    Nietuzinkowe imiona to jak dla mnie normalny pisarski zabieg, mogę bez problemu podać inne tytuły, w których aż roi się od wymyślnych imion dla bohaterów i jeszcze wymyślniejszych nazwisk. Zwłaszcza, że sama miałam przyjemność studiować z jednej grupie Bereniką, Celestyną i , taaakże tegooo... Może mam zakrzywiony obraz rzeczywistości i dlatego mnie to nie ruszyło. Ale znowu, nie każdemu musi taka oryginalność pasować, tylko mówię, że to trochę dziwny zarzut, imho.

    Ad. 4.

    Akcja nie dzieje się jesienią, tylko na przełomie maja i czerwca. Zmylił cię pewnie ogród Kusiciela, nazywany w książce„ogrodem wiecznej jesieni”. Widać, że robiłaś długie przerwy w lekturze, pewnie dlatego takie rzeczy ci umknęły. Niemniej jest to kolejny zarzut do wykreślenia z Twojej listy.

    Uwaga, że pierwsze 400 stron jest niepotrzebne każe mi zapytać, jak inaczej Ida miałaby znaleźć rozwiązanie dla całej zagadki? Pewnie chodzi Ci o to, że powinna to zrobić szybciej :D Początek faktycznie za wolno się rozkręca jak na mój gust, ale z drugiej strony fajnie buduje klimat - znowu, to wyłącznie moje zdanie. Jednak stwierdzenie, że w 4/5 powieści w ogóle nic się nie dzieje jest w moim odczuciu mocno przesadzone.

    A na koniec ostatnia uwaga ode mnie: kiedy czytasz książkę przez 3 miesiące, z długimi przerwami, to trudno się dziwić, że serwowana na raty historia nie trzyma w napięciu xD Toż to gorsze niż oglądanie filmów na Polsacie, niekończąca się przerwa reklamowa zabije najlepszy klimat :D Powieść po prostu Cię nie przekonała i nie wciągnęła. Nie próbuję tu w żadnym razie bronić powieści na siłę, ale wydaje mi się, że wiele Twoich wydumanych nieco zarzutów wzięło się z ogólnej niechęci do tego tytułu. Ja osobiście bawiłam się przy lekturze bardzo fajnie, choć sama mogłabym wymienić kilka wad fabuły. Tyle ode mnie. Pozdrawiam - Little Mimi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tfu, "pozbawiona wad" miało być, późno już i mi się "nie" przykleiło niepostrzeżenie ^^ Little Mimi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wreszcie ktoś szerzej wypowiedział się na temat powyższej recenzji. Ciężko o samokrytykę, kiedy nikt jej ani nie popiera, ani jej nie zaprzecza.
      Dla większości Twoich uwag mam pewne odbicie, choć nie do wszystkich, oczywiście. Ale po kolei:
      Z oczami Idy miałam raczej na myśli, iż przymiotnik "obsydianowe" zawsze pojawia się wtedy, gdy istnieje potrzeba wzmocnienia napięcia i jest to przymiotnik dominujący. Faktycznie, może przesadziłam ze stwierdzeniem, że nigdy nie został użyty inny przymiotnik, ale skoro masz e-booka, zdajesz sobie pewnie sprawę, iż jest go aż nadmiar w całej powieści.
      Oczy stalowe i te koloru piasku nadal mnie kompletnie nie przekonują.
      W porządku, przyznaję się do tego, iż pomyliłam się, co do srebrzystej melodii. Nadal jednak obstawiam przy tym, iż niekiedy opisy są zbyt patetyczne. Jestem na to niesamowicie wyczulona, przez co drażnią mnie takie zabiegi.
      Nietuzinkowe imiona może i są pisarskim zabiegiem, ale nie rozumiem, dlaczego tylko osobom o "niezwykłych" imionach mają przydarzać się niezwykłe rzeczy. To wchodzi w mocne spięcia z prawdopodobieństwem.
      Dołączając uwagę o jesieni, nie kierowałam się ogrodem Kusiciela w ogóle, tak szczerze mówiąc. Brałam pod uwagę całą resztę otoczenia, tylko nie to. Pogoda w Polsce bywa jednak różna, jestem więc skłonna do przyznania się do błędu.
      Tak, spodziewałam się takich uwag. Szybciej - może, ale nie to miałam na myśli. Cała akcja książki sprowadza się do tego, że bohaterka wchodzi do Piekieł Kusiciela, by właściwie zaraz z nich wyleźć. Tyle szumu, biegania, męczenia się po takie... nic w zasadzie, bo akcja w Piekłach nie zdążyła się naprawdę rozkręcić. Dlatego też jestem szczerze zawiedziona i zdegustowana. Można było resztę wydarzeń ukrócić, a zamiast tego rozwinąć motyw lustrzanych światów. Byłoby to o wiele bardziej porywające od czytania, jak to Ida po raz enty przyjeżdża do domu Kusiciela, by niczego się nie dowiedzieć.
      Dla ścisłości, długa przerwa była tylko jedna i miała ona miejsce między setną a dwusetną stroną. Dalej męczyłam się na własne życzenie, co chwila zerkając, ile jeszcze zostało mi do końca. W moim odczuciu opowieść jest cholernie nudna, a wcale nie jestem aż tak wybredna. Dobrze napisana, choć usypiająca (lepiej niż proszki nasenne). To oczywiście subiektywna opinia, oparta jedynie na indywidualnych gustach. Co kto lubi.

      Dziękuję za rozbudowaną opinię :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nie ma sprawy, jak to ktoś kiedyś powiedział: nie ma na świecie dwóch takich osób, które przeczytały tę samą książkę :D Każdy przy czytaniu zupełnie inaczej wyobraża sobie historię i czego innego od niej oczekuje :)

      Myślę, że na mój odbiór tej powieście wpłynął fakt, że znałam bohaterkę już z części pierwszej, znałam Mikołaja, po którego Ida wybierała się na drugą stronę lustra, dlatego pewnie bardziej przejmowałam się losem obojga, wiedziałam, w jakich okolicznościach doszło do złożenia nieśmiertelnej przysięgi i mogłam dostrzec to, jak bardzo bohaterka zmieniła się w porównaniu z pierwszą odsłoną jej przygód. Ty napisałaś w recenzji, że Ida wcale nie przejmuje się czekającym ją niebytem - i tu też zupełnie inaczej odczytałyśmy tę samą fabułę. Dla mnie po prostu dziewczyna wydoroślała i postanowiła nie poddać się w walce o przetrwanie, inni recenzenci też zwracali uwagę na jej przemianę wewnętrzną. W "Szamance od umarlaków" ta sama bohaterka była dużo mniej pewna siebie, mniej samodzielna i okropnie strachliwa, więc jej determinację i zachowanie zimnej krwi nawet w obliczu końca tak ostatecznego, jakim jest niebyt, uważam za spory plus. Ot, ilu odbiorców, tyle opinii :)

      Pozdrawiam! Little Mimi
      :)

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.