28 marca 2014

Recenzja: Ani słowa prawdy

Okładka "Ani słowa prawdy"
„Ani słowa prawdy” Jacka Piekary mogę śmiało zaliczyć do najprzyjemniejszych w lekturze książek polskich autorów fantasy. Nie jest to wprawdzie pełnowymiarowa powieść, lecz zbiór opowiadań, które mimo różnorodnego umiejscowienia w czasie łączą się oraz nawiązują do swoich poprzedników. Typowo fantastyczny klimat, przepełniony magiczną (dosłownie) aurą, udekorowany nieprawdopodobnymi zdarzeniami i przesadzonymi (w dobrą stronę) stereotypami, zwieńczony charakterystycznym polskim humorem, który tak uwielbiam. Innymi słowy lektura przebiegła mi szybko, interesująco i bardzo rozrywkowo.

Książka liczy sobie ponad sześćset stron, jest więc to opasłe tomiszcze, co – przyznam szczerze – tym bardziej zachęciło mnie do początkowych oględzin. Spory wkład w zaintrygowaniu mnie miała fantastyczna okładka projektu Jakuba Jabłońskiego. Przedstawia ona scenę z opowiadania o tym samym tytule, co książka, czyli „Ani słowa prawdy”. Tom zawiera dziesięć opowiadań o różnych długościach, jak i tematyce. W każdym z nich mamy do czynienia z tym samym (bo głównym) bohaterem, Arivaldem z Wybrzeża, choć każda opowieść wnosi nowe równie barwne postacie.
Penszo był zwykłym żołnierzem, dopóki nie napotkał na swojej drodze czarodzieja, któremu towarzyszył w podróżach po niemalże całym znanym świecie. Tułaczkę tę zakończyła śmierć ze starości potężnego maga. Wówczas czterdziestoletni już Penszo przywłaszczył sobie jego różdżkę, czarodziejską kulę, płaszcz w parze ze spiczastym kapeluszem oraz księgę czarów, postanawiając zostać samoukiem w dziedzinie magii, mimo iż naturalnego talentu nie posiadał. Mianował się magiem Arivaldem z Wybrzeża, ponieważ właśnie w mało znanej krainie zwanej Wybrzeżem postanowił się osiedlić, by nie zwracać na siebie uwagi Tajemnego Bractwa z Silmaniony. Umiejętności Arivalda nie były zbyt wielkie; potrafił jedynie stosować drobne sztuczki, by zagonić ławice ryb na tereny połowów czy wzmocnić plony. Mieszkańcy Wybrzeża kochali go jednak; w końcu nie każda wioska posiadała własnego czarodzieja. Wszystko jednak zmieniło się, gdy potężny czarodziej wraz z całą flotą danskarskich barbarzyńców najechał Wybrzeże z indywidualnych pobudek. Wówczas zaczęła się prawdziwa przygoda Arivalda...
Książka jest bardzo przyjemna w odbiorze, mimo że główny bohater to niemalże niezniszczalny heros, któremu zawsze udaje się wyjść cało z opresji. Fakt ten jednak zostaje ułagodzony poprzez pewne umiarkowanie umiejętności postaci. Otoż Arivald, jak zostało wcześniej wspomniane, nie posiadał ogromnego talentu magicznego (żeby nie powiedzieć: wcale), a niedostatki w wykształceniu magicznym nadrabiał ogromną siłą, inteligencją oraz sprytem. Częściej więc zawdzięczał swoje sukcesy szczęściu oraz fizycznym i intelektualnym umiejętnościom zamiast magii. Podczas swoich podróży przychodzi mu zmagać się z demonami, wiedźmiarzami, wiedźmami, wampirami, morribrondzkimi elfami znanymi ze swego okrucieństwa, nekromantami, barbarzyńcami, a nawet przebiegłymi baronami czyhającymi jedynie na osobisty zysk i nadludzko kuszącymi czarodziejkami, którym niełatwo się oprzeć.
Piekara nie szczędzi sarkazmu i ironii, przebarwiania i wyolbrzymiania, a także zabawnych tekstów, dzięki którym niejednokrotnie wybuchałam szczerym śmiechem. Osadza również akcję w na pozór różnym od naszego świecie, mimo że w trakcie lektury pojawia się masa nawiązań do ziemskiej kultury. Mamy chociażby styczność z Nowym Światem ewidentnie wskazującym na Amerykę Północną, danskarscy wojownicy wyznają nordyckich bogów, symbol wiedźmiarzy to medalion z trójwymiarowym otwartym pyskiem aligatora (co sugeruje nam inspirację Wiedźminem), a poniżej zacytowany fragment...
"W Silmanionie zajmowano się tym problemem [...], aby pomóc ludziom cierpiącym z powodu sennych koszmarów. Czasem zresztą uzasadnionych, jak na przykład tej królowej-morderczyni [...], której od czasu zabójstwa ciągle zdawało się, że myje w miednicy schlapane czerwienią dłonie."

...jest ewidentnym nawiązaniem do Lady Makbet z szekspirowskiego dramatu. W treści figurują również przekręcone nazwy z innych utworów, na przykład wiedźmiarskie miasto Ker-Paraveh lub bohater o imieniu Gundalf Rudy. Dodają one jednak humorystycznego wydźwięku sytuacjom, w które są zamieszane.
Cóż mogę więcej powiedzieć? Uwielbiam Arivalda, fantastyczny świat, w którym przyszło mu żyć oraz całą tę magiczną otoczkę przywołującą wspomnienia baśni opowiadanych w dzieciństwie. Opowiadania zawierają również to, co zazwyczaj sprawia autorom niemałe problemy - sceny brutalne i erotyczne, napisane ze smakiem oraz klasą. Tego od dawna mi brakowało! Śmiało więc wystawiam notę: 9,5/10.

2 komentarze:

  1. Miałam zawsze problem z twórczością Jacka Piekary, bo nigdy nie udawało mi się sięgnąć po żadną z jego książek. Próbowałam już tyle razy, miałam książek w ręku, ale odkładałam, po prostu nie mogłam się przekonać i nie wiedziałam od czego zacząć. Chyba potrzebowałam jakiegoś bodźca z zewnątrz. No i przekonałaś mnie, bardzo :)
    Czyli lista książek do przeczytania rośnie i rośnie xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś zwróciłem uwagę na tę książkę (tak, jak napisałaś, okładka jest świetna, potrafi przyciągnąć wzrok). Jako że nie miałem jak dotąd do czynienia z Piekarą, odłożyłem ją z powrotem na półkę, przyklejajac jej etykietkę "może kiedyś, lecz jeszcze nie teraz".
    Cóż, po przeczytaniu recenzji jeszcze raz się nad tym wszystkim zastanowię :-)

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.