22 grudnia 2013

Recenzja: Nevermore, Kruk

Co mnie popchnęło do otworzenia książki, której tematyką miała być miłość czirliderki i gota? W dodatku opatrzonej klimatem niby z twórczości Edgara Allana Poego (żeby nie było: Poe to geniusz, śmierć temu, kto zaprzeczy). Autentyczna odpowiedź brzmi: nuda i chęć napisania złej recenzji. Recenzji złej książki, ma się rozumieć.
„Kruka" otrzymałam dwa lata temu na urodziny. Od tamtej pory kurzył się w tylnym rzędzie biblioteczki. Niedawno, po przeczytaniu zacnego „Fight Clubu" Chucka Palahniuka, postanowiłam dla odmiany strawić coś... no cóż, mało strawnego, w dodatku świeżego jak trzytygodniowe zwłoki. Tak też odnalazłam „Nevermore" autorstwa Kelly Creagh, które uderzyło mnie zapowiedzią tandetnego, oklepanego romansu dla nastolatek w typie „Zmierzchu" już po pobieżnych oględzinach. Jak się okazało po pierwszym rozdziale (prolog był w gruncie rzeczy nie najgorszy), książka nie zawiodła moich przewidywań.

„[...] to opowieść o Varenie i Isobel, milkliwym, często sardonicznym gocie i ślicznej, cieszącej się popularnością, czirliderce. Zrządzeniem losu tych dwoje zostaje zmuszonych do wspólnej pracy nad projektem z literatury. [Czujecie ten klimat?] Dziewczyna szybko ulega fascynacji niepokojącym światem Varena - opisanym na kartach dziennika i wyśnionym światem, w którym ożywają najkoszmarniejsze opowieści Edgara Allana Poego. Sny i słowa mają większą moc, niż można sobie wyobrazić... Gdy opadają maski, gdy nie ma już „gota" i „czirliderki", a zostają tylko coraz bliżsi sobie Isobel i Varen, okazuje się, że obydwoje mają przeciwko sobie nie tylko nieprzychylnych ludzi. To umysł rodzi najstraszliwsze koszmary i zaludnia wewnętrzne otchłanie. Isobel będzie miała tylko jedną szansę, by ocalić Varena przed cieniami, które on sam powołał do życia." Koniec końców, otrzymuje jedną szansę do potęgi milionowej.

Zacznijmy może od dobrych stron, które wbrew pozorom naprawdę istnieją, mimo że dostrzeżenie ich stanowi nie lada wyzwanie. W książce pojawiają się niekiedy obszerne fragmenty najznamienitszych dzieł Edgara Allana Poego, takich jak wiersz „Kruk" czy opowiadanie „Maska Śmierci Szkarłatnej" (z obu utworów autorka wyciągnęła to, co najlepsze, i wplotła w fabułę własnej książki. Szkoda tylko, że jedyny plus rzekomo gotyckiego romansidła "Nevermore" zawdzięcza bogu literatury. Gdyby nie to, pięćset bezsensownie zadrukowanych stron nadawałoby się wyłącznie do spalenia).
A teraz możemy przejść do przyjemniejszej części recenzji, w której to pozwolę sobie niepochlebnie - łagodnie mówiąc - wyrazić zdanie na temat treści.
Po kilku pierwszych rozdziałach zaczęłam zadawać sobie pytanie: CO JA WŁAŚCIWIE CZYTAM? Główna bohaterka, Isobel, usilnie przez autorkę stylizowana na stereotypową czirliderkę, wykazuje ponadprzeciętny intelekt, szczególnie jeśli chodzi o kojarzenie faktów. Faktów, jakich na ogół normalny człowiek nie powinien był w ogóle skojarzyć. Jednakże! W momencie, gdy widzi fruwające po pokoju cienie o nieokreślonych kształtach, szepczące coś zawzięcie, uznaje sytuację za całkiem naturalną i więcej o niej nie rozprawia nawet sama ze sobą w myślach. O ile jeszcze kilka dni wcześniej obawiała się śmierci z rąk (szponów?) kruków i przeczuwała nadnaturalne zdarzenia, tak nagle zaczęła zachowywać się, jakby nic nie mogło jej zadziwić. Dziewczyna nie wie nic, mimo że źródło informacji ma tuż obok (przy czym doskonale sobie zdaje z jego istnienia sprawę) - Varena, gota, chłopaka od projektu z angielskiego o Edgarze Allanie Poe, obiekt westchnień. Chyba tylko dla tej postaci wytrwałam aż do ostatniego zdania epilogu.
Autorka zasypuje nas lawiną „kruczowłosych" oraz „mruganiem powiekami", oczy głównego bohatera zawsze są „nefrytowe", a podobne smaczki można znaleźć na każdym kroku. Tekst usiany jest scenami, które w założeniu miały dawać do myślenia, względnie budować nastrój, a wyszły po prostu komicznie. Jedna z moich ulubionych:

„Za nią rozległ się szczęk łańcuchów. Zesztywniała. Opuściła rękę, a potem, podniósłszy wzrok, zobaczyła go nad sobą, wysokiego, wyprostowanego i bladego. Stłumiła w sobie słowa protestu, gdy ujął jej rękę. Patrzyła, jak długie palce oplatają jej dłoń, a potem, nie mrugając powiekami, obserwowała czarny długopis, który pojawił się nie wiadomo skąd i zaczął przesuwać się po jej skórze czubkiem równie zimnym i ostrym, jak te oczy. O mój Boże. Pisał na niej. Próbowała wydać jakiś dźwięk, ale nie mogła. Jego twarz nie wyrażała emocji, gdy wykonywał długopisem krótkie, staranne pociągnięcia." - fragment rozdziału pierwszego

Na domiar złego, przez trzysta pierwszych stron kompletnie NIC się nie dzieje. Od czasu do czasu pojawią się istoty ze świata snów (w większości mało przyjemne, ale też nie zawsze), jednak nigdy nie dochodzi do większej konfrontacji z bohaterami, którzy za każdym razem jakby nigdy nic wracają do normalności oraz codzienności. Chodzą do szkoły, użerają się z durnym projektem, przychodzą na mecze futbolowe i zajadają chińszczyzną. Odniosłam wrażenie, że największym problemem był Brad - były chłopak Isobel (mięśniak, futbolista, idiota-nie-idiota), który groził Varenowi, że jeśli... bla bla bla, nie warto kończyć, wszyscy doskonale zrozumieli. Autorka najwięcej uwagi poświęciła wątkowi skupiającemu się na rodzącej się nienawiści gota do piłkarza. Jak się okazało, wszystko sprowadzało się do tego, iż „cienie, które on sam powołał do życia" miały się na licealiście zemścić. Bez sensu.
Zakończenie z pewnością zaskoczyłoby dwunastolatkę, ale nie mnie. UWAGA, SPOILER! - tak na wszelki wypadek. Isobel okazała się „wybrańcem", który musi zniszczyć połączenie między światem snów a tym rzeczywistym - uśmiercając samą siebie (dziewczyna stanowiła część tego połączenia). Musiała wybrać: ocalić świat oraz swego ukochanego, lecz oddać za to życie, czy wykorzystać swoją moc i stać się nieśmiertelną, potężną istotą siejącą zniszczenie do spółki z demonem Lilith? Isobel godzi się ze swoim losem, pali dziennik Varena, a przy tym pali również siebie.
Niezrozumiałym (przypuszczam, że dla samej autorki również) obrotem spraw dziewczyna jednak przeżywa, mimo że połączenie zostaje szczęśliwie zerwane.
O. WIELKA. NIESPODZIANKO.
Okazuje się jednak, że Varen został na dobre uwięziony w krainie snów i już nigdy dwoje kochanków się nie złączą w prawdziwej miłości. I w tym momencie zadaję sobie kolejne pytanie: po cholerę czytałam pięćset stron o rosnącym między tą dwójką uczuciu, o pokonywaniu wszelkich przeciwności, o pokonywaniu nawet samej śmierci, by na koniec dowiedzieć się, że i tak ich wysiłki poszły na marne?!
Nienawidzę cię, książko.
Postać Varena zdążyłam pokochać miłością szczerą (prawdopodobnie szczerszą od Isobel). Tylko dla niego zmuszę się do przeczytania drugiego tomu cyklu Nevermore o tytule „Cienie". Tymczasem wystawiam pierwszemu tomowi mało chwalebną notę końcową, bo tylko dwa punkty na dziesięć. Nie polecam starym wyjadaczom; nie polecam nikomu, ale pozostawiam wolną rękę młodym dziewczynkom, które ukochały sobie „Zmierzch", „Pamiętniki Wampirów" czy sagę „Dom Nocy". Z pełną nieomylnością stwierdzam, iż będą zachwycone.

5 komentarzy:

  1. A ja lubię Pamiętniki Wampirów Zmierzch i Dom Nocy! Ale faktycznie Nevermore nie jest wybitną książką. Jednak jest świetna jako odmóżdżacz :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako odmóżdżacz to można czytać Tele Tydzień, a nie drzewa marnować ;_;

      Przepraszam, musiałam dać wyraz swojej nienawiści... xD Całkowicie subiektywna opinia, zastrzegam!

      Usuń
    2. Jasne, że lepiej drzew nie marnować, ale nic nie poradzisz na to co się ludziom podoba. Są gusty i guściki xD

      Usuń
    3. Poradzę. Łopatą i siekierą, cholera xD

      Usuń
    4. Albo tasak! Tasak też jest fajny! *_*

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.