2 września 2013

Recenzja: Assassin's Creed



O grach z serii Assassin’s Creed dowiedziałam się stosunkowo późno – a nawet bardzo późno, bo w momencie, kiedy wychodził już trzeci tytuł spod tego znaku. Jednak, z racji tego, że nigdy nie byłam dobra w szukaniu grywalnych pozycji, nie zainteresowałam się nowością zbyt żywo, zakładając, że nawet jeśli dobra, to mnie nie zaciekawi, ba!, pewnie nie przejdę pierwszej misji.
Bo warto wiedzieć, że uważałam się – oraz uważam – za gracza przeciętnego, choć bardzo oddanego.
W każdym razie do sięgnięcia po tytuł skłoniły mnie dwa, cokolwiek dziwne, czynniki. Świeżo po przejściu innej pozycji, odnalazłszy w tym podłym świecie bratnią duszę, która podzielała moją fascynację, usłyszałam pochlebne opinie o Assassin’s Creed. Dodatkowo dowiedziałam się, że głównemu bohaterowi głos podkłada ten sam aktor tworzący jedną z moich ulubionych postaci w poprzedniej grze.
Jak mogłam przejść obok czegoś takiego obojętnie?
Jednak jako istota, która ceni sobie przede wszystkim fabułę, zdecydowałam się zacząć przygodę od początku. I tak też my zaczniemy, bo chociaż gra od remontu komputera na moim dysku wcale nie widnieje, to przeszłam ją wielokrotnie i doskonale pamiętam co, jak, gdzie oraz dlaczego.
Firma Ubisoft znana jest z różnych sporych tytułów, między innymi Far Cry, Watch Dogs, Ghost Recon – dla mnie znana była z gier jeździeckich oraz ogółem o uszy się nazwa obijała, zatem uznałam, że tak do końca w ciemno nie brnę.
Odnalezienie pierwszej części cyklu, na całe szczęście, nie okazało się trudne. Wystarczyło wejść do pierwszego lepszego sklepu z multimediami, a na półce czekało nowiutkie i śliczniutkie opakowanie gry Assassin’s Creed. Zgarnęłam, pognałam do domu, wpakowałam do mojego staruszka, zainstalowałam.
Wraz z rozpoczęciem gry trafiłam do współczesnych czasów. Nader współczesnych – rok jednoznacznie podany nie został, ale ujrzałam znajomą codzienność… w laboratorium. Dwóch szalonych naukowców znęcało się nad nieszczęsnym młodzieńcem, w którego się wcielałam, imieniem Desmond, żądając od niego wejścia we wspomnienia. Nic z tego bełkotu nie rozumiałam, zwłaszcza że przyszło mi niespodziewanie biegać obcym facetem w białych ciuchach po rynku. Zakłócenia przy tym były jak w polskiej telewizji, aż się zastanowiłam, czy to nie mój komputer świruje.
Szybko jednak pospieszono z wyjaśnieniami, bo podobnie jak ja, także Desmond nie miał pojęcia, o co świrom chodzi. Z naciskiem na konkretnego świra nazwiskiem Vidic – towarzysząca mu asystentka, Lucy, dbała o to, żeby się Desmondowi mózg nie sfajczył przy próbach uzyskania dostępu do wspomnień.
Otóż okazuje się, że znani nam z historii templariusze wcale nie poprzestali na kilku krucjatach. Za ich motywacjami stało od początku coś więcej, niż chęć uratowania Ziemi Świętej – otóż templariusze pragną zaprowadzić pokój na Ziemi, żeby nie było więcej wojen, mordów oraz bezprawia. Co więcej, działają po dziś dzień pod przykrywką najróżniejszych wielkich korporacji, mają nieograniczony dostęp do pieniędzy oraz technologii.
Aby osiągnąć cel, potrzebują pewnego kluczowego artefaktu, który podebrali im wrogowie – konkurencyjny zakon tytułowych asasynów. Asasyni także dążą do pokoju na świecie, jednak obie grupy posługują się innymi środkami, co się im wzajemnie nie podoba, stąd tysiącletni konflikt.
Jak się szybko dowiadujemy, Desmond ma bezpośrednie powiązania z umierającym w tych czasach zakonem asasynów. Sam niczego nie zdradza, Vidic jednak swoje wie – łącznie z tym, że przodkiem Desmonda z czasów krucjat, gdy stracili artefakt, Jabłko Edenu, był Altaïr Ibn-La’Ahad, asasyn, który osobiście pokrzyżował templariuszom plany. By przeskoczyć przeszkodę w formie tysiąca lat niewiedzy, skonstruowano specjalną maszynę odtwarzającą wspomnienia genetyczne. I w tenże wynalazek Desmond pod groźbą śmierci, śpiączki, kiły oraz mogiły zostaje wpakowany.
Niniejszym, uwięziony w łapach templariuszy, zostaje zmuszony, by zrekonstruować wspomnienia swojego przodka i dowiedzieć się, gdzie Jabłko Edenu ukryto, co umożliwi templariuszom zaprowadzenie pokoju – tłumacząc z ichniego na nasze, umożliwi im zapanowanie nad światem.
Powiem szczerze, nie spodziewałam się. Nie spodziewałam się, że dam się tak wciągnąć! Jednak po kolei, uspokajam swoją wewnętrzną fangirl i próbuję podejść do tematu profesjonalnie, żeby mi niczego nie zarzucono.
Przez większość gry wcielamy się w Altaïra, najlepszego asasyna w zakonie w czasach krucjat, który jednak zgubił gdzieś drogę Kodeksu. Z tego też powodu mistrz zakonu, Al Mualim, karze podopiecznego, strącając go na sam spód hierarchii zamkniętej społeczności. Zmusza to jak Altaïra, tak również nas do powolnego uczenia się wszystkiego od początku, co świetnie wprowadza w świat gry. Zwłaszcza że kombinacje klawiszowe wymagają niejakiej zręczności – niemalże na każdy palec przypada jeden klawisz.
Naszym zadaniem jest mordowanie sług templariuszy, którzy zatruwają życie mieszkańców Ziemi Świętej, przy czym stopniowo odkrywamy bardzo ponurą tajemnicę. Wiedza ta zmieni cały zakon asasynów, a przede wszystkim samego Altaïra – co trzeba przyznać, buc z niego niesamowity na początku.
Grze z pewnością można zarzucić powtarzalność oraz pewną ociężałość schematów. Większość czasu spędzamy na podróży między miastami, przyjmowaniu zleceń od łączników, tropieniu celów poprzez:
a)      kradzież kieszonkową;
b)      podsłuchiwanie strażników;
c)      mordowanie informatorów;
d)     pomoc kolegom po fachu poprzez dostarczanie listów, odprowadzanie rannych lub eliminowanie łuczników.
Przy którymś z kolei wrogu robi się to już naprawdę nużące, na szczęście jednak moment popchnięcia fabuły – przy zabiciu głównego celu – wynagradza nam wszelkie trudy. Z początku nie widać intrygi oraz powiązań między mordowanymi osobami, ale powoli zaczynamy mieć wątpliwości; razem z samym Altaïrem. Jego wewnętrzna przemiana pokazuje nam, że nawet ta „dobra” strona ma odcienie szarości, a sprawa wcale nie jest tak prosta, jak by się mogło wydawać.
Nie da się także ukryć, że grafika w pewnych miejscach pozostawia trochę do życzenia – mieszczanie posiadają trzy palce u dłoni, o mimice nie słyszeli, ich usta natomiast, jakże wygodnie dla władzy, pozostają zamknięte. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu przyjemności z gry, czasami tylko można się skrzywić z irytacją.
Poza tym, jeśli dać się porwać zadaniom, nie sposób się nudzić. W miastach zawsze jest coś do zrobienia – można na przykład pomóc nękanym mieszkańcom, odnaleźć punkty widokowe, co uaktualni mapę, rozejrzeć się za flagami ukrytymi w różnych punktach – a jeśli to coś zrobi się nieumiejętnie, nagle będzie się ściganym przez szwadron templariuszy oraz strażników. Można albo rozprawić się z wrogami, albo sprytnie się ukryć – wśród zakonników, w sianie, na ławeczce przy szarych zjadaczach chleba. Również ratując mieszkańców, zyskujemy sobie ich przychylność, niektórzy nawet będą próbowali zatrzymać pościg, umożliwiając nam ukrycie się.
Bez trudu można wypunktować kilka – albo i więcej, ale teraz nie jestem w stanie sobie przypomnieć – nierealistycznych elementów, chociażby osławione skakanie z trzydziestu metrów w stóg siana, z którego wychodzimy nietknięci niczym ci młodzi bogowie. Oczywiście, głupota totalna, nie próbujcie tego w domu, jednak to gra. Fantastyczna poniekąd, naginająca historię, fakty… A na koniec – no kogo skok wiary nie jara?!
Próbując płynnie przejść do kwestii samego głównego bohatera, stwierdzę, że chociaż zaczyna jako ktoś, kogo trudno lubić, to poprzez jego dynamizm oraz rozwój w trakcie historii zyskuje coraz większą sympatię. Ja, na ten przykład, pokochałam tego mrocznego marudę całym sercem – co więcej, dodatkowym bodźcem dla wyobraźni jest fakt, że drogi Altaïr nigdy nie zdejmuje kaptura, zatem widzimy praktycznie tylko połowę jego twarzy.
Nieszczęsny jednak, chociaż potrafi skakać z pięćdziesięciu metrów do siana i biegać po ścianach, pływać nie umie. Gra twierdzi, że to błąd Animusa – wspomnianej na początku recenzji maszyny – fani jednak stwierdzili, że nie ma co się zasłaniać rzekomym niedociągnięciem oprogramowania nieistniejącego urządzenia, nasz Altaïr po prostu boi się wody! Moim zdaniem wizja przeurocza; ponury skrytobójca z lękiem przed głęboką wodą.
Ostatnią do poruszenia kwestią, jaka mi się nasuwa, jest dubbing. Przywykłam do gier, gdzie głosy zostają oryginalne, umieszcza się natomiast tylko polskie napisy – tym razem jednak zęby specjalnie nie zgrzytały, słuchając rozmów. Często także możemy usłyszeć mieszaninę wielu języków, ponieważ, jak zostaje to wytłumaczone w grze, na angielski – dla nas polski – Animus tłumaczy tylko istotne kwestie. Żałuję, że biegający po Ziemi Świętej Niemcy nie wołali do nas „hände hoch!”.
Słowem podsumowania – gra jest naprawdę dobra. Chociaż elementy powtarzalności oraz bardzo powoli budowana intryga mogą nużyć czy frustrować, moim zdaniem stanowi to doskonałe wprowadzenie do późniejszych części. Nigdzie lepiej się nie nauczymy mechanizmów rządzących grą Assassin’s Creed niż właśnie w pierwszej odsłonie.
Co więcej, coś w tym musi być, że pomimo miłości do kolejnych tytułów, to do tego wracałam wielokrotnie i przechodziłam go skrupulatnie od początku do końca – przy następnych częściach już mi się to nie udało.
Szczerze polecam. Jako fanka serii, jako dziewczę próbujące zachować obiektywizm, jako gracz. Chociaż jakość oraz poziom gier pędzi na łeb na szyję na coraz wyższe poziomy, Assassin’s Creed pozostaje stosunkowo niezbyt starym – bo z 2009 roku bodajże – tytułem, nadal ciekawym, nadal solidnie zrobionym, nadal wciągającym.
Łącząc moją miłość z próbą bycia merytoryczną, ocenę wystawiam 8/10. Sami oceńcie, ile w tym było uwielbienia, a ile krytyki, ha.

9 komentarzy:

  1. I w końcu doczekałam się recenzji od Nerki! <3 Japka mi się cieszyła, gdy ją czytałam, a całość przekonała mnie do zakupienia gry (choć zastanawiam się nad tym już od naprawdę długiego czasu).
    Cieszę się, że zawarłaś w recenzji zarówno plusy, jak i minusy całej gry - przynajmniej ludzie będą mieli pełną świadomość tego, na co się rzucają z klawiaturą, tudzież myszką.
    Teraz pozostaje mi tylko czekać na więcej recenzji! *,*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to widzę, że cierpiałaś na to samo, co ja xD Miałam w ręku grę kilka razy i zawsze odkładałam, myśląc "nah, chyba nie mój typ..." xD
      No, hm, recenzja chyba powinna zawierać i plusy, i minusy, tak mnie przynajmniej w szkole uczono xD No i nie ma rzeczy bez wad, kwestia tego, czy wady przeszkadzają ^^
      Na pewno zrecenzuję całą serię tych gier, pewnie niedługo siądę nad drugą częścią ^^

      Usuń
  2. o ja Cię! To zdecydowanie moja bajka! Uwielbiam Asasyna! Grałam we wszystkie możliwe części. ;). najbardziej polecam ostatnią czyli 4 gdyż jest najwięcej wolnej woli i można robić co się chce. choć postać Ezia w 2 i w dodatku jest wspaniała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czwarta część niewiele ma wspólnego z całą serią - mogli sobie darować to "Assassin's Creed" i zostawić samo "Black Flag" - wyszłoby na to samo, a nie frustrowaliby fanów ^^

      Usuń
    2. jestem odmiennego zdania - co prawda 4 odbiega mocno od tematu, ale jest to też świeżynka. I to mi się podoba, że Edward nie jest zależny tylko od Asasynów. W dodatku to jakaś nowość i nie mamy zaszufladkowanej historii tej samej gry tylko w lepszym wydaniu. Myślę, że to był strzał w dziesiątkę, ale na pewno jakoś to zasmuciło zagorzałych fanów.

      Usuń
    3. No tak, ale to z drugiej strony tak, jakby Rowling napisała książkę o swoich czarodziejach, bez Pottera, a zatytułowała to: Harry Potter i Brak Sensu.
      Skoro to nadal było Kredo Asasynów - asasyni winni tam być, to zapewnia tytuł. I nie mówię, że ten tytuł jest beznadziejny. Jest dobry i ma potencjał, ale jako side story, nie główna oś fabularna, bo tytułowej fabuły de facto nie było.

      Usuń
    4. W zasadzie można się na ten temat kłócić ;). Gdyby tak olać wszystkie poboczne zadania i jechać po samej fabule każdy gracz szybko by się zorientował, że Assasyni odgrywają tam dużą rolę. W końcu to obserwatorium, którego szuka Edward szukają też i oni i główny wątek ciągnie się właśnie tylko o nim. Choć myślałam, że Edward zdobędzie obserwatorium właśnie z nimi. Jest również pokazana przyjaźń Edwarda z Jamesem, który okazuje się być Assasynem i w dodatku kobietą. Z drugiej jednak strony Edward podejmuje decyzje sam i kieruje się chciwością niżeli kredem, ale jakby spojrzeć na to z jeszcze innej perspektywy były to zamierzchłe czasy, które miały na celu pokazać pierwszego przodka linii Henweyów. I jak Connor w 3 części był Assasynem, tak jego Ojciec templariuszem, a dziadek - no cóż. Nie zdecydował się na nic. Myślę jednak, że był to zabieg celowy.

      Usuń
  3. Och, jedna z moich ulubionych gier! Moją ulubioną postacią pozostaje chyba Ezio, choć Edwarda także wielbię.
    Najbardziej w owej serii podoba mi się fabuła. Cała Starożytna Cywilizacja itp. jest po prostu ciekawa. :)
    Nie mogę doczekać się kolejnej części. ^__^
    A choć ostatnia nie była do końca o assasynach, to myślę, że wszystko tam tak naprawdę toczyło się wokół nich. Obserwatorium i w ogóle. A Edward, o ile się nie mylę potem został Assasynem. Mi się podobało. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Został Asasynem na piętnaście minut fabuły, co i tak według mnie nie równoważy tytułowania gry Kredem. Noale, ja po prostu uważam, że jak coś ma tytuł, to ten tytuł powinien się tyczyć treści.
      Raz jeszcze posłużę się przykładem Pottera: to tak, jakby książki nazywały się Harry Potter, a głównym bohaterem był Zgredek.

      Usuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.