18 sierpnia 2013

Recenzja: GONE

Za pierwszą częścią cyklu młodzieżowej fantastyki o tytule GONE, Faza pierwsza: Niepokój, chodziłam bardzo długi czas. Z jednej strony trzęsły mi się ręce, kiedy po trwających wieki poszukiwaniach (a trzeba powiedzieć, że swego czasu pierwszy tom był niemalże nie do zdobycia) odnajdywałam książkę na półce w księgarni. Z drugiej – trzymając ją już w dłoniach dochodziłam do wniosku, iż właściwie mam do czytania coś ciekawszego. W końcu zdecydowałam, że przebrnę przez cały cykl za jednym zamachem.
Warto napomknąć, że równolegle z GONE wpadli mi w oko Zwiadowcy i przez długi czas nie mogłam zdecydować, co połknąć w pierwszej kolejności. Nie uważam się za wielką fankę nadnaturalnych zdarzeń w znanych nam z życia codziennego realiach, ale sam pomysł na Kopułę odgradzającą garstkę dzieci od świata zewnętrznego wydał mi się iście interesujący. Tak rozpoczęła się moja przygoda z serią Zniknęli.
„W mgnieniu oka wszyscy znikają… Zostają najmłodsi. Nastolatki. Uczniowie. Niemowlęta. Nie ma nikogo poza nimi. Nagle milkną telefony. Przestaje działać Internet. Nie ma telewizji. Nikt nie wie, co się stało. Pomoc nie nadchodzi. […]Czas ucieka. W dniu swoich piętnastych urodzin znikniesz...”.
Michael Grant – autor cyklu – wykorzystuje własne doświadczenia i znajomość wielu specjalistycznych nazw, by ubarwiać oraz urzeczywistniać (na ile to możliwe) dość plastyczną fabułę. Amerykanin wychował się w wojskowej rodzinie, dzięki czemu zyskał dostęp do obszernego zbioru informacji na temat broni palnej, a także jądrowej (co ma znaczenie w późniejszych częściach). Obecnie zajmuje się wyłącznie pisarstwem, gdyż zawód ten pozwala na spokojne życie w określonym miejscu, bez konieczności ciągłego migrowania między stanami.
Akcja powieści rozgrywa się w okolicach kalifornijskiego miasteczka Perdido Beach, gdzie pewnego dnia niespodziewanie pojawia się Bariera. Sfera – zwana ETAPem [Ekstremalne Terytorium Alei Promieniotwórczej] - o średnicy trzydziestu kilometrów z elektrownią atomową w samym środku odgradza garstkę mieszkańców od świata zewnętrznego. Garstkę tę stanowią dzieci i nastolatki do piętnastego roku życia, a wszyscy ponad wspomnianą granicą wiekową znikają. Coś takiego jak Google czy zasięg komórki przestaje istnieć. Nikt nie wie, co się dzieje. Bariery nie da się przebyć ani przejrzeć przez nią, a samo dotknięcie sprawia ogromny ból. Jedzenie i woda powoli się wyczerpują, pojawia się zaraza, której nikt nie jest w stanie wyleczyć, u zwierząt oraz ludzi występują dziwne mutacje… Życie w strachu staje się codziennością.
Wewnątrz sfery, pod ziemią, oczy otwiera coś, co wstrząśnie ETAPem bardziej niż wszystkie dotychczasowe tragedie. Nazywa siebie Gaiaphage, Pożeraczem Światów, Ciemnością.
„Niezwykła, trzymająca w napięciu historia. Naprawdę kocham tę książkę!” – powiedział Stephen King, który później, zainspirowany powieścią Granta, wydał podobną. Nosi ona tytuł „Pod kopułą”. Słynny horroropisarz wielokrotnie wypowiadał się na temat serii GONE, zawsze niezwykle pochlebnie. Często również pisał do autora.
Do cyklu mam mieszane uczucia. Sam pomysł niesamowicie mnie zaintrygował, a konwencja Kopuły sprawiła, że przez długi czas świeciłam oczami, kiedy ktoś łaskawie ustawiał kolejne tomy na księgarnianej półce. Muszę jednak przyznać, że Michael Grant miał ogromne pole do popisu, którego – niestety – nie wykorzystał w pełni.
Zacznę od tego, iż wiele ciekawych wątków pobocznych zostało potraktowanych po macoszemu. Rozwiązania poszczególnych spraw zostały podane na tacy czytelnikowi, by następnie odesłać go z kwitkiem. Niejednokrotnie zgrzytałam zębami, gdy rozwijający się przez kilka tomów wątek został ucięty jedną banalną sceną. Michael Grant ukazuje nam również drugą stronę medalu, gdzie zostaje zaprezentowana niby ważna postać, która przez sześć książek z rzędu nie dość, że się nie rozwija, to wciąż dąży do tego samego, nieosiągalnego celu. Popełnia identyczne błędy, nie wyciąga absolutnie żadnych wniosków. Co gorsza, o tejże postaci autor pisze bardzo często i obszernie.
Inna rzecz tyczy się realizmu. Zaznaczę, iż GONE, mimo że akcja toczy się w naszym świecie, za bardzo o wspomniany realizm nie zahacza. Oczywiście cykl należy traktować z mocnym przymrużeniem oka, gdyż bazuje on w znacznej mierze na science-fiction, ale każdy szanujący się autor powinien znać granice. Grant często zapomina, iż jego postacie są tylko ludźmi (nawet jeśli niektóre posiadają nadnaturalne umiejętności) i jak ludzie umierają. O ile głód, pragnienie i zarazę są w stanie przetrwać nastoletnie dzieci, o tyle przecięcia promieniem świetlnym już nie, a takie wydarzenie miało miejsce w czwartym tomie zatytułowanym Faza czwarta: Plaga.
Opisy wewnętrznych przeżyć bohaterów to jedna z rzeczy, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Jeśli o nie chodzi, M.G. może pochwalić się godnym podziwu warsztatem. Autor poświęca sporo uwagi psychologii swoich postaci (nie licząc nieszczęsnego Drake’a, o którym wspomniałam dwa akapity wyżej). To zdecydowanie duży plus, szczególnie jeśli chodzi o odbiór powieści, jednak cecha ta posiada jeden mankament – czytanie głębokich przemyśleń bohaterów, których najzwyczajniej w świecie nie zdołałam polubić, było dla mnie katorgą. Aby przybliżyć Wam moje odczucia, nakreślę postać Astrid.
Astrid to czternastoletnia dziewczyna, w której od lat podkochuje się jedna z głównych figur grających – Sam Temple (miejscowy bohater, przystojniak, surfer, Mary Sue, noszący wielkie brzemię, męczennik w późniejszych częściach – jakżeby inaczej). Siostra czteroletniego autystycznego chłopca, powszechnie znana jako Genialna Astrid ze względu na swoją ponadprzeciętną inteligencję. Mimo tego faktu, czytając poświęcony jej wątek, odnosiłam wrażenie, że dziewczyna jest niepełnosprytna. Oczywiste rozwiązania wielokrotnie pchały się pod jej nos, podczas gdy ona zajęta była doszukiwaniem się wyższego celu w każdym zdarzeniu. Manipulatorka, świętoszka, racjonalistka, nadmiernie bogobojna i religijna. Czasami zastanawiałam się, czy Grant celowo ogłupiał tę dziewczynę. Wszystkie jej przemyślenia opierały się na tym, czy postępuje słusznie, czy też nie, a także czy Bóg po śmierci wyśle ją do Piekła. Autor do znudzenia wałkował ten sam temat, niczego nie rozwiązując. W wyniku pewnych zdarzeń Astrid uśmierciła brata  – i w tym momencie poczułam coś na kształt sympatii, zainteresowania. Jednak już chwilę później wrażenie zostało unicestwione przez samego Granta, kiedy to dziewczyna popadła w stan powolnej wewnętrznej autodestrukcji ze względu na swój niewybaczalny czyn.
Na szczęście przypadek Astrid nie przechyla szali, gdyż autor postarał się o zrównoważone zestawienie postaci. Do tych najlepszych zdecydowanie należy Lana Arwen Lazar, zwana w ETAPie Uzdrowicielką ze względu na swoją moc. Ta neutralna figura jest typem samotniczki, twarda, posiadająca własne zasady, wzbudzająca głęboki szacunek. Muszę przyznać, że o wiele łatwiej przychodziło mi utożsamianie się z Laną, aniżeli z innymi bohaterami. Do niej również należy mój ulubiony cytat z całego cyklu.
„Bóg, w którego już nie wierzysz, rzuca kośćmi” – Lana Arwen Lazar ‘Uzdrowicielka’, bohaterka cyklu GONE.
Cykl wielokrotnie spędzał mi sen z powiek ze względu na trzymające w napięciu wydarzenia i strach o losy moich ulubieńców. Michael Grant postarał się o to, by ani na chwilę nie zrobiło się nudno, swoje postacie rzucił na głęboką wodę, by sprawdzić, jak sobie poradzą. To trochę przypomina zabawę w Boga. Fenomenalnie zostało ukazane borykanie się z podstawowymi problemami przetrwania przez zdezorientowane dzieci – zdobywaniem pożywienia, walką o byt, próbami uchronienia swego umysłu przed szaleństwem. Generalnie jestem zadowolona, że sięgnęłam po pierwszy tom, by następnie z niecierpliwością wyczekiwać kolejnych, mimo że pod koniec fabuła stała się nieco przewidywalna. Gdybym miała wystawić ostateczną punktację, GONE otrzymałoby ode mnie, powiedzmy, siedem punktów na dziesięć.

5 komentarzy:

  1. Kocham cię za tę recenzję Heroina<3 Seria Gone jest moją ulubioną, więc tym bardziej denerwowałam się czytając o niej recenzję. Tym bardziej cieszę się, że przypadła ci do gustu. Co do recenzji samej w sobie jest naprawdę dobra:)Mam nadzieję, że kolejne będą równie dobre:)
    Pozdrawiam i kłaniam się nisko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak po prawdzie mój nick się odmienia, ale nieważne. Cieszę się, że jesteś zadowolona z recenzji jako takiej. Miałam obawy, że coś - kolokwialnie - spieprzę. Niby to nie pierwszy raz, ale od bardzo dawna nie pisałam tego typu tekstów, soł...
      Następną recenzję już mam w trakcie pisania, jednak tym razem padnie na film :)
      Dziękuję bardzo za przeczytanie i komentarz!

      Pozdrawiam również.

      Usuń
  2. Ach, przekonałaś mnie do tej serii, nie powiem! Niby czytałam okładkę w księgarni i stwierdziłam, że może być fajne, ale sporo kręciłam też nosem i odkładałam z powrotem. Jestem ciekawa, czy gdy ja zasiądę do tego, będę mieć podobne odczucia, co Ty ;P
    Choć sądziłam, że będziecie recenzować każdą książkę osobno, a nie całą serię razem. Chyba że to pojedynczy zabieg :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy. Kiedy zakładałyśmy Bar, kończyłam akurat czytać piątą część GONE. Dlatego napisałam już o całości. Ale następne już będą oddzielnie c:
      Wiesz... jak pisałam w recenzji - książkę trzeba traktować z mocnym przymrużeniem oka. Wielokrotnie musiałam przypominać sobie, iż jest to science-fiction, więc niektóre zdarzenia mają prawo bytu. Nie polecam cyklu osobom, które muszą mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, jeśli chodzi o realizm. Ja w gruncie rzeczy nie jestem ogromną fanką wydumań, ale GONE do aż takich nie należało, to najważniejsze.

      Pozdrawiam również!

      Usuń
  3. Świetna recenzja ;) nie miałam do czynienia z tą serią, ale w sumie się nie dziwię, bo nie przepadam za sci-fi. Mimo wszystko sam pomysł wydaje mi się ciekawy i zastanawiam się, jak całość się skończyła, jak wybrnął z tego autor ;) no nic może w przyszłości się skuszę, bo jak na razie ciężko idzie mi czytanie. Męczę końcówkę pierwszej części Gry o Tron, nudzi mnie, bo wiem, co będzie dalej i przez to mam niechęć do czytania ;)
    No, ale nic! Czekam w takim razie na recenzję filmu ;)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń

Barmanki upominają, aby nie śmiecić (tj. nie zostawiać spamu), ponieważ ciągłe latanie z miotłą i mopem jest męczące.